Summer Solstice
W czasie, gdy epoka dzieci kwiatów gasła, a rockowa muzyka coraz częściej zmierzała w stronę ciężkich i progresywnych brzmień, świat jazzu jakby nagle odkrył, że istnieli hippisi i warto coś od nich wyciągnąć. Piszę to pół żartem, ale faktycznie z pewnym opóźnieniem do naszego ulubionego gatunku zaczęły napływać nowe prądy. Pojawiło się spore zainteresowanie barwami i rytmem Ameryki Południowej, Afryki, Bliskiego Wschodu czy samej natury. Zrzucono znoszone garnitury i zamieniono na etniczne ciuchy, pozwolono włosom rosnąć w dowolnych kierunkach, a okładki płyt nieraz przypominały „Disraeli Gaers” Creamów.
Saksofonista Azar Lawrence, którego w recenzji wydanej w tym roku płyty „The Seeker” nazwałem „apostołem spiritual-jazzu”, prawdziwym przebojem wskoczył w latach 70. na muzyczną scenę. Jeśli pierwszy album na jakim się gra, to płyta McCoya Tynera, i jeśli zastępuje się tam Gary’ego Bartza, to trzeba mieć ten dar. Lawrence szybko wyrobił sobie odpowiednie nazwisko, żeby zagrać u boku Milesa Davisa, Elvina Jonesa czy Woody’ego Shawa. Nie trzeba też było długo czekać, aby zaprezentował swoje własne LP.
„Summer Soltice”, druga płyta w dorobku Lawrence’a, jest dla mnie właśnie taka hippisowska. Nie, nie ma tu elektrycznej gitary, nie ma wokalu, ale jest ten sam duch szczęścia, te same kolory i płynąca od (albo do) Matki Ziemi wibracja. Spójrzcie tylko na okładkę i tytuł – kolorowy wir dziwacznych malunków, kojarzących się z hinduskimi klimatami, i temat główny, czyli letnie przesilenie. To chyba jedna z najbardziej romantycznych rzeczt, jakie dostarcza nam sama natura. W końcu nawet największy troglodyta ucieszy się z wydłużających się dni oraz odpuszczającego mrozu.
Rozpoczynający całość „From The Point of Love”, wspomagany przez brazylijskie przeszkadzajki i mocno inspirowany łagodnością „Astral Travelling” Lonniego L. Smitha, to wręcz takie dźwiękowe tło dla wracającej do życia flory. „Novo Ano”, czyli po portugalsku Nowy Rok, brzmi jak sylwestrowa samba w Rio, i tam po raz pierwszy „odzywa się” jak zawsze wspaniały Raula de Souzy, puzonista z Brazylii. Ale jak się gra spiritual-jazz, nigdy nie może być cały czas „na miękko”. W pewnym momencie przychodzi takie „From The Point of Light”, które co prawda nie jest żadnym niszczącym tę delikatną tkaninę free, ale zabiera nas w poważniejsze dla jazzu rejony.
Opus magnum krążka to utwór tytułowy, zagrany mocno na modłę McCoya Tynera, z tym charakterystycznym, intensywnym tematem na fortepianie zarysowanym w pierwszych sekundach. Tu po raz kolejny bitwa pomiędzy Lawrencem i Souzą, ale świetnie prezentuje się tu także Albert Dailey za fortepianem. Szkoda tylko, że w ślad z tą całą barwnością okładki nie szły równie odrobinę bardziej wydumane kompozycje, bo przy finalnym „Highway” cały ten lekki, hippisowskich duch zaczyna lekko nużyć.
1. From The Point of Love; 2. Novo Ano; 3. From The Point of Light; 4. Summer Soltice; 5. Highway
- Aby wysyłać odpowiedzi, należy się zalogować.