Roscoe Mitchell - erudyta chicagowskiej sceny jazzowej

Autor: 
Piotr Wojdat
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Są tacy artyści, którzy niemal w pojedynkę zmieniają bieg historii muzyki jazzowej. Nie oglądając się na nikogo, zawsze zmierzają tam, gdzie nikt jeszcze przed nimi nie dotarł. Przecierają nowe ścieżki, jednocześnie wywołując ból głowy wśród tych krytyków, którzy czują potrzebę ścisłej klasyfikacji każdego muzycznego zjawiska. W przypadku saksofonisty Roscoe Mitchella, będącego prawdziwym wizjonerem i erudytą chicagowskiej sceny jazzowej, takie gatunkowe przyporządkowanie jest niewykonalne. Świadczy to o tym, z jak wyjątkową postacią mamy do czynienia.

Roscoe Mitchell od początku swojego kariery, czyli pierwszej połowy lat 60., wykazywał nie tylko duże umiejętności jako instrumentalista, ale też kompozytor i improwizator. W błyskotliwy sposób łączył światy muzyki jazzowej, współczesnej kameralistyki oraz muzyki etnicznej. Jego styl gry na instrumencie od zawsze nosił znamiona intelektualnej zwięzłości, jak i emocjonalnej otwartości. Poprzez łączenie ognia z wodą wyrobił sobie opinię jednego z najbardziej oryginalnych jazzowych twórców ostatniego 50-lecia.

 

Zaczynał grać ze studentami Wilson Junior College, wśród których znalazły się inne ważne postaci: basista Malachi Favors oraz saksofoniści Joseph Jarman, Henry Threadgill i Anthony Braxton. To w tym czasie intensywnie poznawał nagrania Ornette Colemana, Johna Coltrane’a czy Erica Dolphy’ego, co wywarło ogromny wpływ na jego myśleniu o muzyce. Nieco wcześniej jako członek amerykańskiej armii stacjonującej w Niemczech poznał Alberta Aylera, z którym podobno grał w wojskowym zespole.

W połowie lat 60. przyczynił się do zawiązania stowarzyszenia, będącego arcyważnym punktem odniesienia dla kreatywnych twórców afroamerykańskiego jazzu. Mowa o AACM, czyli o Association for the Advancement of Creative Musicians. Wśród założycieli tej organizacji znaleźli się m.in. trębacz Philip Cohran, pianista Jodie Christian czy perkusista Steve McCall. Zaowocowało to powstaniem sekstetu Roscoe Mitchella, który był pierwszą grupą z AACM, jaka miała okazję wydać płytę. W 1966 roku z trębaczem Lesterem Bowiem, saksofonistą tenorowym Kalaparushą Maurice McIntyre, puzonistą Lesterem Lashley’em, basistą Malachim Favorsem i perkusistą Alvinem Fiedlerem nagrał znakomity album zatytułowany “Sound”.

 

Wspomniana płyta była przełomem pod kilkoma względami. Po pierwsze wniosła świeży powiew w temacie spontanicznej, kolektywnej improwizacji. Była też zaczynem powstania zjawiskowego, jedynego w swoim rodzaju Art Ensemble Of Chicago. I jakby tego było mało, udowodniła, że grając jazz, można operować niekonwencjonalnymi rozwiązaniami. Oprócz standardowego instrumentarium Roscoe Mitchell, na potrzeby “Sound”, postanowił skorzystać z gwizdków, harmonijki ustnej oraz instrumentów w rodzaju marakasów i dzwonków. Efekt tych starań okazał się piorunujący.

Od 1967 roku sekstet rozrósł się i tak powstało Roscoe Mitchell Art Ensemble. Zaledwie dwa lata później grupa została przemianowana na Art Ensemble Of Chicago, a więc kolektyw który oczarował europejską publiczność w trakcie koncertów m.in. we Francji oraz bogatą dyskografią o jakiej wielu mogło tylko pomarzyć.

W kolejnych latach artysta kontynuował swoje działania z zespołem Art Ensemble, wydając tak znakomite płyty jak “Les Stances A Sophie” (1970 rok), “Nice Guys” (1979 rok) czy “Urban Bushmen” (1982 rok). Imponował też koncertami solowymi oraz odważnymi eksperymentami z muzyką klasyczną i współczesną, w czym pomagali mu m.in. pianista Borah Bergman czy akordeonistka Pauline Oliveros.

 

Roscoe Mitchell, pomimo zaawansowanego wieku (3-go sierpnia kończy 77 lat), jest wciąż aktywnym muzykiem, regularnie koncertującym na całym świecie i nagrywającym trzymające wysoki poziom albumy. Wśród nich warto wyróżnić płytę z perkusistą Tyshawnem Sorey’em z 2013 roku, a także ECM-owskie “Composition/Improvisation” z Evanem Parkerem na saksofonie. Wymienione wydawnictwa potwierdzają duże znaczenie Roscoe Mitchella dla rozwoju jazzu, który w tym przypadku wciąż pozostaje otwarty na inne nurty muzyczne. Co warto dodatkowo podkreślić, nie przeszkodziło mu to w tym, by ukształtować swój własny, jakże trudny do podrobienia indywidualny styl.