Henry Grimes - muzyk, który się niemal zgubił

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

W historii muzyki jazzowej nie brakuje biografii nietuzinkowych, obfitujących w zaskakujące, niemal filmowe, zwroty akcji i najróżniejsze dziwactwa. Są tak ekscentryczne osobistości jak Charlie Parker, Miles Davis, Thelonious Monk czy Lee Morgan. Wszystko to prawda, dzieje się sporo. Ale wszystko to blednie, ponieważ jest też Henry Grimes.

Henry Grimes zgubił się w okolicach 1970 roku. Po prostu przepadł, rozpłynął się, nie ma go. Nikt nie wie czy kontrabasista żyje, czy zmarł, co prawda nikt nie był na jego pogrzebie ani nie widział zwłok, ale nikt też nie widział go żywego, więc serio – to wyłącznie kwestia opinii. W każdym razie dla jazzowych historyków Henry Grimes, znakomity kontrabasista, współpracownik Monka, Mingusa czy Aylera, nie żyje.

Urodzony w Filadelfii w 1935 roku, Grimes od dziecka wykazywał ogromny talent muzyczny – zanim ostatecznie zdecydował się na kontrabas, młody Henry uczył się pilnie gry na skrzypcach, perkusji i tubie. W momencie gdy postawił na kształcenie się w sztuce gry na kontrabasie miał zaledwie 13 lat! Obdarzony wyjątkową wrażliwością i inteligencją Henry, przeniósł się do Nowego Jorku by kontynuować naukę w legendarnej szkole Julliard, a w połowie lat 50. zdążył już wyrobić sobie całkiem poważną pozycję wśród nowojorskich basistów, występując u boku Sonny'ego Rollinsa, Gerry'ego Mulligana czy Theloniousa Monka a nawet Benny'ego Goodmana. Gdy Charles Mingus szukał odpowiedniej osoby do zrealizowania swojego pomysłu grania na dwa kontrabasy, Grimes był pierwszym i oczywistym wyborem.

 

 

Henry ewoluował, zapoznając się coraz lepiej z nowościami jakie przynosił free jazz. Grał teraz mniej z Rollinsem, a częściej z Cecilem Taylorem, Archiem Sheppem i Pharoah Sandersem. Granice muzycznej wyobraźni gwałtownie się rozszerzały, a może po prostu dopiero zaczynały dorastać do wymagań umysłowości Grimesa. W połowie lat 60. postanowił przenieść się na drugi koniec Stanów Zjednoczonych – do Kalifornii. W podróż wybrał się samochodem w towarzystwie perkusisty, Clarence'a Bectona, z kontrabasem przymocowanym sznurem do dachu. Gdy dotarli do San Francisco, odegrali swoje zobowiązania, lecz wkrótce okazało się, że instrument Grimesa nie nadaje się do dalszego używania. Przyjaciele porozjeżdżali się w międzyczasie w różnych kierunkach kontynentu i Henry został sam ze swoim niesprawnym instrumentem. Lutnik rzucił potworną cenę za naprawę; cenę, której bezrobotny bez swojego kontrabasu Grimes nie mógł zapłacić. Uznał, że przeczeka chwilkę i wróci po instrument za jakiś czas. Niestety, to nie był ten przypadek. Kiedy oddawał do naprawy swój sfatygowany kontrabas, nie mógł mieć pojęcia że kiedy następnym razie przyjdzie mu dotykać instrumentu będzie o 30 lat starszy.

I na długie lata to było tyle. Koniec biografii Grimesa. Henry Grimes zmarł śmiercią tajemniczą.

 

Henry Grimes być może umarł dla świata muzyki ale narodził się dla świata literatury. Kontrabasista pisał liczne poezje, obejmujące setki stron materiału, oraz prozę, później wydaną pod tytułem „Signs Along The Road” ze wstępem autorstwa Marca Ribota. Grimes, uznany za zmarłego, został wskrzeszony w 2003 roku. Nie było go przez ponad 30 lat! Nie wiedział o śmierci dawnych przyjaciół – Aylera, Monka i Mingusa, nie wiedział że od trzydziestu lat nie żyje. Odnalazł go dla świata miłośnik jazzu, Marshall Marrotte, w malutkim, wynajętym i obskórnym mieszkaniu w Los Angeles. Grimes od dawna już nie miał kontrabasu, nie miał żadnej wiedzy na temat własnego statusu w świecie jazzu, wykonywał liczne, zupełnie niemuzyczne prace (wielki Henry Grimes był między innymi sprzątaczem czy robotnikiem budowlanym), by utrzymać siebie i swoje pisanie. A pisał dużo: poezja, proza, filozofia, metafizyka, joga...i wszystko ręcznie! Tysiące stron rękopisu.

W 2003 roku rozniosła się wieść o niezwykłym znalezisku Marottee'a. Grimes był bardzo chętny do pracy...w końcu odpoczywał od grania trzy dziesięciolecia, to całkiem sporo, żeby na nowo zapałać głodem pracy. Dostał w prezencie od Williama Parkera nowy instrument – kontrabas nazwany ze względu na swoją barwę „Olive Oil” i zaczął wszystko na nowo. I tak aż do dzisiejszego dnia.

Świętowanie urodzin Henry'ego Grimesa jest nieco dziwaczne, ponieważ jest to jeden z niewielu ludzi, którzy dysponują aż dwiemia datami narodzin. Odzyskanie Grimesa z grobu jest jedną z najpiękniejszych historii jakie wydarzyły się w świecie jazzu, na ogół przesiąkniętego tragicznymi zakończeniami, historiami spektakularnych upadków i przenikliwej samotności. Historia Henry'ego Grimesa wymyka się tym schematom, jest uśmiechnięta.