Aaron Parks - muzyk dzisiejszych czasów.

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat.promocyjne (Mamoru Kobayakawa)

Kiedy zajrzymy do typowego sklepu płytowego i zapytamy o nazwisko Aarona Parksa, albo gorzej jego nagrania, to może się zdarzyć, że poirytowany sprzedawca da tajny sygnał ochronie i ta wyprowadzi nas na dwór żebyśmy a) nie zawracali idiotycznie głowy człowiekowi w pracy, b). zaczerpnęli świeżego powietrza, bo jak mózg dotleniony to dziwactwa do głowy nie przychodzą.

Pod własnym nazwiskiem wydał do tej pory cztery pięć albumów, ale pechowo cztery z nich dla Key Note Reocrds czyli dla wytwórni, która z naszej perspektywy nie istnieje. Co ciekawe jednak, sam Parks także nie wspomina o nich na swojej oficjalnej stronie. Wzmiankuje za to „Invisible Cinema” z 2008 roku, no ale jak tego nie robić skoro to już słynna Blue Note. Nie zdziwiłbym się jednak gdybyśmy i jej na sklepowych półkach nie znaleźli od ręki.

Wydał też nie tak bardzo dawno album z grupa James Farm możliwe więc, że jakimś cudem można ją znaleźć na sklepowych półkach albo przynajmniej w dziale specjalnych zamówień, bo tam przecież słynny Joshua Redman gra, a jak Redman Gra to i działy marketingu i promocji zareagować potrafią. Bo nie mieć płyty, na której gra Joshua to trochę jednak obciach. Jest także w składzie zespołu, który nagrywał w USA płytę „Girl Talk” Moniki Borzym, ale tam trochę niknie w szerokim strumieniu innych równie wyśmienitych muzyków jazzowych. Wydał także płytę w ECM i to zapewne sytuację zmieni najprędzej, bo przecież nie mieć najnowszych albumów z ECM jest sporym obciachem. Tak więc Aaron, choć świat od dawna podziwia go jako cudowne dziecko, trafić może wreszcie do świadomości narodu polskiego raz jako cześć tria z Robem Curto i Yeahwon Shin, drugi raz jako autor recitalu solo zatytułowanego „Arborescence”, a trzci raz w związku z zapowiadaną na jesień nowąpłytą James Farm. To byłby miły prezent dla obchodzącego w tym roku 31 urodziny pianisty.

Tymczasem zanim Aaron Parks stanął na czele własnego zespołu i zanim zaczął współtworzyć James Farm, zapisał się w polskiej fonografii i trafił pod opiekuńcze skrzydła pana Manfreda Eichera, działał na scenie całkiem spory kawałek czasu. Co więcej w jednym z najważniejszych zespołów swoich czasów, a mianowicie w zespole trębacza, kompozytora Terence’a Blancharda. A grać z Blanchardem to trochę tak jakby zostać namaszczonym przez guru, wszak pan Blanchard to przecież jeden z trzech największych żyjących, stricte jazzowych trębaczy obok Wyntona Marsalisa i Toma Harrella. Angaż do jego zespołu przyszedł w w 2002 roku i zaowocował w sumie pięcioma płytami, z czego dwie to soundtracki do filmów Sike’a Lee „She Hate Me” oraz „Inside Man”. Muzyki tam co prawda nie skomponował, ale i tak udział w słynnych produkcjach filmowych zapewne znacznie ułatwił mu karierę.

Ta jednak rozwijała się głównie jako kariera sidemana. Ilośc muzyków, którzy chcieli skorzystać z niezwykłej wszechstronności Parksa jako wykonawcy jest prawdziwie imponująca. Z jednej strony na koncerty i na płyty zaprasza go Christian Scott, który ostatnio przybrał imię aTunde Adjuah, cudowne dziecko włoskiego jazzu Francesco Cafiso czy młoda nadzieja amerykańskiej jazzowej trąbki Ambrose Akinmusire, z drugiej tak różniące się od siebie śpiewaczki jak Maria Neckam czy słynna już na całym świecie Gretchen Parlato.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Owa wszechstronność, objawiająca się biegłością w jazzowej materii, znajomością klasyki, tajników kompozycji, a także zmysłu kompozytorskiego daje się wysłyszeć w bodaj najsłynniejszych słynniejszych napisanych przez niego utworach „On The Verge” czy „Harvesting Dance”. I ma swoje źródło chyba z znacznej mierze w tym jak Aaron Parks niedogmatycznie postrzegać otaczającą go muzykę. Inspiruje go zarówno John Zorn, jak i mainstreamowi pianistyka od Bila Evansa po Herbiego Hancocka, zarówno Radio Head, jak i muzyka formacji Talk Talk.

Rozstrzał to przyznać trzeba spory, ale tak właśnie młodzi amerykańscy jazzmani postrzegają otaczający ich muzyczny świat - jak wielką przestrzeń, wolną od stylów i ciasnych klasyfikacji, w której jest miejsce dla każdego rodzaju sztuki. Znaleźć w tym świecie swój głos, oto jest sztuka!

I Aaronowi Parksowi się to chyba udaje, i to od wczesnej młodości, od czasów kiedy jako nastolatek zdobywał nagrody na słynnych i bardzo prestiżowych konkursach im. Cole’a Portera czy Theloniousa Monka. Od czasu kiedy grywał w pierwszych swoich zespołach w rodzinnym mieście, od czasu kiedy na Uniwersytecie Washingtona studiował trzy kierunki na raz matematykę, nauki komputerowe i muzykę i od kiedy jako dziecko doświadczał czym jest grunge, bo przecież pamiętać trzeba, że i on i Kurt Cobain to ludzie z Seatle.