Gonzalo Rubalcaba – muzyczny poliglota z Hawany

Autor: 
Maciej Krawiec
Zdjęcie: 

Moje pierwsze zetknięcie z grą na żywo Gonzalo Rubalcaby należało do tych spotkań, podczas których momentalnie wiadomo, że z artystą jest po drodze. Ów jego występ sprzed kilku lat komentowałem w relacji następująco: „Z kolei pianista balansował między szeptem i krzykiem: szukał napięcia w pauzach, które znajdowało ujście w szybkich i ekspresyjnych uderzeniach. Jego gra była bardzo ciekawa, publiczność słuchała go z uwagą i doceniała należycie każdą solówkę”. Przebieg jego kariery dobitnie wskazuje na to, iż taki pogląd na jego muzykę podziela wielu.

 

Przyszedł na świat w Hawanie w 1963 roku w muzycznej rodzinie. Od samego początku był więc blisko sztuki tworzenia dźwięków, której nauki podjął się gdy miał osiem lat. Jego pierwszym instrumentem był fortepian i pozostał mu wierny do dziś. Pośród swych najważniejszych inspiracji, poza muzyką kubańską, wymienia pianistów Theloniousa Monka, Buda Powella i Oscara Petersona, a także Charliego Parkera, Dizzy’ego Gillespiego i Arta Blakey. Jako nastolatek, równolegle do regularnego muzycznego kształcenia, występował w Hawanie i okolicach. Mając dwadzieścia lat, po ukończeniu tamtejszego Institute of Fine Arts, wybrał się w pierwszą znaczącą trasę koncertową za granicę: razem z kubańską Orquesta Aragon występował we Francji i Afryce. Dwa lata później założył własny zespół Grupo Proyeto, z którym odwiedził m.in. festiwale w Berlinie i Rotterdamie.

 

W tym samym roku zaczęły pogłębiać się jego relacje z muzykami amerykańskimi – warte odnotowania jest znaczące dla pianisty spotkanie jednego z mistrzów dzieciństwa: Dizzy’ego Gillespiego. W 1986 zaś, na festiwalu jazzowym w Hawanie, wystąpił na jednej scenie z Charlie’m Hadenem i Paulem Motianem. Dzięki wsparciu Hadena wkrótce skład ten pojawił się również w Montrealu i Montreux. Po tych zdarzeniach nie było wątpliwości, że kubański pianista miał już w rękach niezbędne listy uwierzytelniające, aby z odwagą realizować własne artystyczne ambicje. Pod koniec lat 80. światło dzienne ujrzało kilka jego albumów z muzykami kubańskimi, zaś w 1990 i 1991 wydane zostały przez Blue Note  pierwsze „amerykańskie” płyty Rubalcaby: „Discovery: Live at Montreux” (z Hadenem i Motianem) oraz „Blessing”, na której Motiana zastąpił inny tuz perkusji – Jack DeJohnette.

 

 

Po ich bardzo dobrym przyjęciu związał się z wytwórnią Blue Note na kilkanaście lat. Pośród jego szczególnych osiągnięć wymienia się albumy „Inner Voyage” (1999), „Supernova” (2001, Nagroda Grammy), „Paseo” (2004) i „Solo” (2005). Ma też w swoim CV doświadczenie bycia artystą-rezydentem, wespół ze swym słynnym rodakiem Chucho Valdésem, na Montreal Jazz Festival w 2002 roku. Ma również na swym koncie grę m.in. z takimi muzykami, jak Dizzy Gillespie, Ignacio Berroa, Chick Corea, Al DiMeola, Herbie Hancock, Katia Labeque, Richard Galliano, Francisco Cepsedes, Tony Martinez, Issac Delgado, Juan Luis Guerra, Dave Holland, Chris Potter, Eric Harland, Dennis Chambers, Brian Bromberg, Ron Carter, Yosvany, Terry,Matt Brewer, Mike Rodriguez, Marcus Gilmore, Pat Martino, Giovanni Hidalgo, John Patitucci, Joao Bosco czy Eric Harland.

Rubalcaba dziś uchodzi za jednego z najważniejszych kubańskich muzyków na międzynarodowej scenie jazzowej. Odznacza się tym, że nie operuje wyłącznie idiomem latynoskim, ale wplata go we własną, urozmaiconą, świeżą improwizowaną sztukę. Zdarza się, że możemy się o tym przekonywać w trakcie jego koncertów w Polsce – wymienione na początku artykułu słowa dotyczyły warszawskiego koncertu z jedną z naszych wokalistek. Kto zgadnie, o kogo chodzi?