John Lurie @71

Autor: 
Piotr Rudnicki
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Takich ludzi spotkać można chyba tylko w jednym miejscu na świecie. Jego droga do Nowego Jorku  nie była prosta, ale podobne osobowości to miasto przyciaga jak magnes. John Lurie – muzyk, malarz, kompozytor - najogólniej rzecz ujmując - człowiek wielu talentów i niezwykle barwna postać jest dziś istnym „mr. cool” i swoistą legendą nowojorskiego undergroundu. Za cokolwiek by się nie wziął: czy to muzyka, malarstwo, film czy audycje radiowe  - wszędzie znajduje sposób, by odcisnąć własne piętno. Wystarczy pół minuty kontaktu z tą dziwaczną personą lub jej sztuką, by go dobrze i na czas dłuższy zapamiętać.

Pierwsza filmowa scena z jego udziałem, która miała szanse dotrzeć do liczniejszej publiczności trwała zaledwie 90 sekund. Wcześniej pojawił się co prawda w własnego autorstwa filmie Men In Orbit, czy też w Underground USA i The Offenders, ale konia z rzędem temu, kto miał cierpliwość do tych amatorskich, kręconych na kamerach Super-8 obrazów wczesnego no-wave’u dotrzeć. „What do you want to hear, kid?” – pyta snującego się po dzielnicy Alphabet City nastolatka uliczny saksofonista. „ I don’t care as long as it is vibrating, bugged-out sound”. Scena pochodzi z debiutanckiego  filmu Jima Jarmuscha “Nieustające Wakacje”, a odrealnione, swingujące solo brzmiące niczym senna wariacja „Somewhere Over The Rainbow” było dokładnie tym, czego bohater tamtego filmu oczekiwał. I czymś, co już wtedy oddawało osobowość twórczą muzyka. John Lurie od dwóch lat grał już wówczas z grupą The Lounge Lizards, która w tym samym mniej więcej czasie wydała swój debiutancki, kultowy dziś album. I jakkolwiek to ekranowa obecność zaważyła o jego rozpoznawalności, muzyka zawsze była na pierwszym miejscu.  

 John Lurie urodził się 14 grudnia 1952 roku w Minneapolis w rodzinie o tradycjach artystycznych i już w dzieciństwie miał kontakt ze sztuką. Jego matka uczyła malarstwa, ojciec zaś – artysta niezrealizowany, pełen pomysłów, na które nie było popytu, utrzymywał rodzinę z handlu akcjami. John, przebywając w twórczym środowisku, dość wcześnie uznał, że sztuka jest jego drogą życiową.

W wieku około siedemnastu lat, wiedziałem już, że zajmę się muzyką na serio. Przedtem myślałem całkiem poważnie o byciu pisarzem. Jeszcze przedtem miałem być napastnikiem w NBA. A jeszcze przedtem chciałem mieć farmę węży.

Grał już wówczas od jakiegoś czasu na harmonijce ustnej swego brata, Evana.

Kiedy miałem piętnaście lat, moja siostra podarowała bratu harmonijkę na urodziny. Pożyczyłem ją od niego i bardzo szybko osiągnąłem całkiem dobry poziom. Około roku później zostałem zaproszony do gry z Mississippi Fredem McDowellem i z Canned Heat

Wtedy jeszcze były to jednorazowe przygody. Evan szybko przesiadł się na pianino, a cała rodzina Lurie podróżowała z miasta do miasta na skutek niepewnej sytuacji finansowej. Sam John, zamiast iść do college'u, podróżował autostopem po kraju. Gdy w 1969 roku w Worcester w Massachusetts zmarł jego ojciec, zaczęły przydarzać się Johnowi rzeczy zgoła dziwne.

Myślałem wówczas prawie cały czas o rzeczach w rodzaju „Po co tu jestem?” i „Co, jeśli w ogóle cokolwiek, czyni życie sensownym?” (...) Z tyłu ciężarówki, w drodze powrotnej przez kraj, pomyślałem „Jeśli Bóg istnieje, niech na niebie pojawi się czerwone światło.” I wtedy zobaczyłem czerwone światło na niebie. To był szczyt wieży radiowej. Nie wiem, czy to się liczy...

Swój, jak się miało okazać, podstawowy instrument zdobył w równie niezwykły sposób. Grał wówczas głównie na gitarze.

Włóczyłem się wtedy, idąc główną ulicą w Worcester około godziny czwartej nad ranem.  Nagle wpadłem na pewnego czarnego gościa. Miał może z dwadzieścia dwa lata. Pchał taczkę pełną ziemi. Twierdził, że chce założyć ekologiczny ogród na swoim dachu. Powiedział także, iż właśnie przed chwilą widział jak pomnik zamienił się w anioła.  Mówił o tym w taki sposób, że mu uwierzyłem. Zaczęliśmy gadać o muzyce. Zaprosił mnie do siebie do domu, musiałem być bardzo cicho, bo jego mama spała. Dał mi  saksofon tenorowy i rower. I tak zacząłem grać na saksofonie.

Niedługo potem wylądował w Nowym Jorku, gdzie zamieszkał w Lower East Side, i poznał Erica Mitchella, który wówczas, na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych był kluczem do całego undergroundowego środowiska. To właśnie wtedy John zagrał w kilku niezależnych produkcjach, z których najważniejszą były Nieustające Wakacje. Poza grą w The Lounge Lizards muzyk  był wtedy członkiem nowofalowej grupy The Del-Byzantees,  w której jako wokalista i klawiszowiec udzielał się Jim Jarmusch.

Jego najważniejsza grupa muzyczna, The Lounge Lizards, uformowała się kiedy do Nowego Jorku wprowadził się brat Johna, Evan Lurie. Grający postmodernistyczną fuzję punk rocka, funku i przeróżnych odmian jazzu zespół osiągnął niemały sukces artystyczny.  Znana jest anegdota, wedle której The Lounge Lizards w Mediolanie grali wyprzedany koncert dla czterech tysięcy ludzi, podczas gdy grający w tym samym czasie w mieście Wynton Marsalis i Patti Smith występowali w klubach w połowie pustych. Nigdy jednak sukces ich nie przełożył się jednak na finanse.

To tak jak w tym dowcipie „Jak uzyskać milion dolarów, grając jazz ? Zacząć od dwóch milionów”

Jak ważne było dla Johna granie w The Lounge Lizards, widać wyraźnie po jego własnych słowach:

Nigdy nie odwołałbym tournee po to, by zagrać w filmie       

A w kilku miał przecież okazję się pojawić. Poza występami u Jima Jarmuscha w pierwszych trzech jego obrazach, zagrał, by wymienić najważniejsze, w "Paryż, Teksas" Wima Wendersa, "Dzikości Serca" Davida Lyncha oraz "Ostatnim Kuszeniu Chrystusa" Martina Scorsese.  Co znamienne - prawie za każdym razem pojawiał się w nich najwyżej na kilka minut, w roli drugoplanowej, co czyni śledzenie aktorskiej kariery Luriego zajęciem o cechach niejako detektywistycznych. Jego role, nie dosyć, że krótkie, w charakterze są do siebie podobne (z wyjątkiem może roli świętego Jakuba). Oględnie mówiąc, John grywał outsiderów z podejrzanych dzielnic, zajmujących się, (jeśli w ogóle czymkolwiek się oni zajmowali) hazardem, stręczycielstwem i tym podobnymi aktywnościami.

Mimo iż z czasem propozycji grania napływało dużo więcej, główną jego pasją pozostała muzyka. Poza działalnością w The Lounge Lizards John Lurie napisał ścieżki dźwiękowe do wszystkich filmów Jima Jarmuscha w których zagrał oraz Mystery Train, poza tym innymi do obrazów African Swim, Manny&Lo, Excess Baggage. Za soundtrack do komedii kryminalnej Get Shorty otrzymał nawet nominację do nagrody Grammy. Ostatnim filmowo-muzycznym projektem Johna był serial Fishing with John, w którym kompletnie niezainteresowany rybołówstwem Lurie zabiera swoich przyjaciół (wśród nich, obok Jima Jarmuscha i Toma Waitsa, znaleźli się Willem Defoe, Matt Dillon i Dennis Hopper) na wyprawę łowiecką. Po prawdzie, zasadniczo podczas tych wypraw nie dzieje się kompletnie nic, a ich uczestnicy bardziej zainteresowani są konwersacją aniżeli rybami (które, nota bene często zamiast z odmętów fal panowie poza kamerą łowili w sklepowych lodówkach), ale wynajęty narrator buduje niesamowite napięcie z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy. Jego wzniosłe tyrady o walce człowieka z naturą („If it comes to shark – man is on his menu”) na tle dwóch facetów gadających o krakersach, rzucających luźne uwagi i nie bardzo wiedzących co ze sobą począć (pamiętne „What am I doing here wyobcowanego Jarmuscha podczas „walki” z rekinem) owocują groteskowym, surrealnym efektem który mimo upływu lat się nie starzeje . Serial ów, w krótkim czasie został otoczony kultem i wydany został na dvd w cyklu Criterion Collection. Nic dziwnego, że po niedawnym powrocie do życia publicznego Lurie ruszył w trasę, podczas której po prezentacji odcinków serii odpowiadał na pytania licznie zgromadzonych fanów serii.

Niestety, w połowie lat dziewięćdziesiątych John Lurie zapadł na szczególnie ciężką odmianę boreliozy, która dając efekty pobliskie stwardnieniu rozsianemu stopniowo uniemożliwiła mu nie tylko zwykłe czynności codzienne, nie mówiąc już o komponowaniu . Ostatnią płytę nagrał w roku 2000, pod pseudonimem Marvin Pontiac. Tym razem była to eklektyczna muzyka bluesowa, promowana jako odnalezione nagrania genialnego bluesmana-schizofrenika. Wielu nieświadomych podstępu fanów muzyki dało się nabrać, a trzeba przyznać, że mistyfikacja była wcale nieźle przygotowana. Album promowały fikcyjne wypowiedzi zachwyconych autorytetów, przyznających się do wielkiej inspiracji muzyką genialnego potomka żydowskiej matki i ojca, pochodzącego z Mali.  "Marvin would kick your ass for nothing. A true genius, Marvin was a pure original." – miał mówić Iggy Pop, wraz z nim cześć Marvinowi Pontiacowi oddawali m.in. David Bowie, Beck czy Leonard Cohen.

Jak trudnym czasem dla tak aktywnej twórczo osoby było spowodowane chorobą wieloletnie uwięzienie w czterech ścianach, możemy sobie tylko wyobrazić. John  nie załamał się jednak. Zmuszony do siedzenia w domu, gdy skończyły się już wszystkie odcinki „Prawa i Porządku”, zajął się malarstwem.

Malowałem od wczesnych lat siedemdziesiątych, tak samo, jak robiłem cokolwiek innego. Przestałem to robić gdzieś w latach osiemdziesiątych, malując jedynie podczas wakacji.

Także na tym polu Lurie sprawdził się znakomicie. Obrazy, wyglądające jakby namalowało je nieutalentowane trzyletnie dziecko, okraszone przedziwną mieszanką motywów zwierzęcych, erotyzmu i specyficznego dla Johna humoru, wciąż sprzedają się na wystawach jak ciepłe bułeczki. Wydał dwa albumy malarskie: Learn To Draw i Fine Example Of Art. Obraz Bear Surprise stał się w Rosji fenomenem internetowym, a motyw niedźwiedzia w nim użyty zalał praktycznie całą przestrzeń publiczną, używany wszędzie, „od kampanii wyborczych po prezerwatywy”. W ubiegłym roku sztuka Johna Lurie zagościła także w Polsce, za sprawą wystawy zatytułowanej „Próbuję myśleć. Proszę, bądź cicho”, którą pokazała warszawska Zachęta. Wystawie towarzyszyły pokazy Fishing With John oraz kilka koncertów muzyki inspirowanej twórczością Johna. 

Coś jeszcze? No jasne! W 2014 portal vice.com zaprosił Johna Lurie do prowadzenia audycji podcastowych „Vice after Dark”. Serię z przyczyn technicznych (?) zakończono po zaledwie trzech odcinakach, nikt jednak nie byłby w stanie z taką gracją snuć quasifilozoficznych rozważań na absurdalne tematy (np. jak wystraszyć karaibskiego nietoperza zaplątanego w firany i nie zabrzmieć przy tym głupio), zorganizować na poczekaniu  „chrupiącą” orkiestrę telefoniczną,   czy rozmawiać z słuchaczami o tym, czy potrafią zaśpiewać dwie nuty jednocześnie. Dodajmy do tego gości takich jak Steve Buscemi czy Flea, a otrzymamy jedną z najbardziej niemądrych, a jednocześnie najbardziej wciągających audycji w internecie. John Lurie znów objawił się w pełnej krasie.

John Lurie jest fenomenem nie tylko niezwykłym ale także, szczęśliwie dla jego zwolenników, niezniszczalnym. Ostatnimi czasy usunął się nieco w cień, i można go zobaczyć niemal wyłącznie w galeriach sztuki i na spotkaniach filmowych (a i to nie wszystkich) ale fakt ten tylko dodaje mu miru postaci legendarnej. Niemniej, jego kreatywność rodzi nadzieję, że jeszcze nie raz o nim usłyszymy, a być może uda się komuś przy jakiejś okazji skłonić go do podróży przez ocean i odwiedzenia Polski.