Marek Napiórkowski - „Mainstream to muzyka kompetencji”

Autor: 
Marta Jundziłł

O mainstreamowym jazzie, stylu pracy koncertującego muzyka, a także uzależnieniu od lajków na Facebooku. O tym wszystkim (i nie tylko!) udało mi się porozmawiać z Markiem Napiórkowskim, przy okazji wydania jego najnowszego albumu „WAW-NYC”.

Jak wygląda typowy piątek Marka Napiórkowskiego?

Z racji wolnego zawodu, jaki mam szczęście uprawiać, piątek jest dla mnie takim samym dniem, jak każdy inny dzień tygodnia. Nie odczuwam typowego wielkiego entuzjazmu, spowodowanego rozpoczęciem weekendu. Zazwyczaj w piątek częściej grywa się koncerty i to stanowi dla mnie właściwie jedyny jego wyróżnik w trakcie tygodnia. Poza tym, na co dzień funkcjonuję na podstawie numerów w kalendarzu. Wiem, który dzisiaj mamy, ale nie wiem, jaki to dzień tygodnia.

A jakie są największe plusy pracy koncertującego muzyka?

Jestem niezwykle wdzięczny losowi za to, że na co dzień mogę realizować swoją pasję. To dla mnie słowo klucz. Muzyka była i jest moją pasją. Dlatego też mogę powiedzieć, że właściwie nie przepracowałem ani jednego dnia w swoim życiu. Jest to wielki dar, że mogę robić, to co lubię. Oczywiście nie jest to jedna wielka sielanka. Praca muzyka wiąże się z wydatkowaniem energii na podróże, a także innymi stresującymi sytuacjami. Ostatnio przeczytałem w jakimś magazynie, że zawód muzyka koncertującego jest jednym z najbardziej stresujących zawodów na świecie. Domyślam się, że może to dotyczyć głównie muzyków klasycznych, którzy przede wszystkim ściśle realizują tekst. Ja, szczęśliwie, rzadko odczuwam klasyczną tremę i zawsze z wielką przyjemnością „chadzam do pracy”.

Chciałabym teraz spytać o najnowszą płytę „WAW-NYC”. Co jest jej największą siłą? Jaki był koncept na ten album?

Tworząc materiał na kolejny album czuję się tak, jakbym tworzył kolejne rozdziały książki, która opowiada o mojej muzycznej wrażliwości. Każdy rozdział jest inny, ale wszystkie posiadają wspólny mianownik. W moim przypadku jest to styl kompozytorski, który, pomimo że, realizuję projekty w różnych składach instrumentalnych, jest dla mnie charakterystyczny i w pewien sposób rozpoznawalny.

Gdy miałem już pomysł, by nagrać płytę w kwartecie, pierwszą osobą, o której pomyślałem, konstruując skład był Clarence Penn, który jest jednym z najwybitniejszych perkusistów na świecie. Z Clarence'em współpracowałem wcześniej przy okazji mojego albumu pt. „Up” (2013) i miałem nasze wspólne granie w bardzo dobrej pamięci. Na początku nie planowałem międzynarodowego polsko-nowojorskiego składu. Zależało mi, tylko by sercem zespołu był Clarence, nie zastanawiałem się, jak dalej rozłożą się siły w tym kwartecie.

A jak się rozłożyły?

Polską część, poza mną, zabezpiecza Robert Kubiszyn, z którym mam silne muzyczne porozumienie. Wiedziałem, że obu panom gra się dobrze razem w sekcji a grywali ze sobą w moim sekstecie i zespołach Gregoire Mareta. Dzięki Clarence'owi, do kwartetu udało się dokooptować jeszcze znakomitego pianistę Manuela Valerę, Kubańczyka mieszkającego od 20 lat w Nowym Jorku. W tym składzie, przed wejściem do studia, wyruszyliśmy w trasę koncertową. Zagraliśmy osiem koncertów, podczas których nauczyliśmy się utworów i mogliśmy posprawdzać różne formalne pomysły. Dziewiątego dnia weszliśmy do studia S4, by praktycznie w jeden dzień nagrać materiał na „WAW- NYC”.

Gdzie w tym wszystkim znalazł się Chris Potter?

Chris wystąpił w charakterze "guest star" jak mawiają Amerykanie. Płytę nagrałem w kwartecie, w zgranej paczce razem z Robertem, Clarencem i Manuelem, natomiast w jednym z utworów („The Way”), od początku słyszałem instrument dęty. Chciałem, by w kompozycji „The Way” zagrał jakiś znakomity saksofonista. I tu ponownie pomógł mi Clarence. Wszystko zadziałało na zasadzie dobrze pojętej protekcji, ponieważ Clarence zna się bardzo dobrze z Chrisem Potterem i dzięki temu mogłem wysłać mu materiał „WAW- NYC”. Muzyka spodobała mu się na tyle, że niedługo po tym pojechałem do Nowego Jorku, gdzie nagrałem jego solo. To jedyne takie nieinterakcyjne działanie na płycie, ale na szczęście Chris jest na tyle niezwykłym muzykiem, że bardzo łatwo wtopił się w naszą muzykę i brzmi, jakby nagrywał z razem nami.

Często rozmawiając z polskimi muzykami, dochodzę z nimi do konkluzji, że Polacy mają pewnego rodzaju kompleks związany ze sceną amerykańską. Za wszelką cenę chcą grać jak amerykanie, swingować w ten sam sposób mimo tego, że nie leży to w ogóle w ich muzycznej tradycji.

Jazz w ujęciu purystycznym to gatunek, którego wyróżnikiem jest unikatowa koncepcja rytmiczna. Symbolem klasycznego pojmowania rytmu, czyli swingowania jest np. Louis Armstrong. Jednak trzeba pamiętać, że muzyka jazzowa stała się sztuką ogólnoświatową i ewoluuje odnosząc się do muzycznych tradycji z różnych stron świata. Ja, jako muzyk gram muzykę, będącą wynikiem fuzji muzyki jazzowej, rockowej, brazylijskiej, a nie tylko tradycyjnego swingu. Jeśli zaś chodzi o odwoływanie się do polskich korzeni... Wydaje mi się, że w mojej muzyce wybrzmiewa polskość i słowiańska nuta, ale nie w sposób dosłowny i oczywisty. Nie muszę tego dowodzić wykonując podczas koncertów utworów w stylu „Dwa Serduszka, Cztery Oczy” (choć bardzo lubię niektóre z nich). W moim przypadku słowiańskie korzenie przejawiają się w tym „jak” piszę muzykę. Tę słowiańską melancholię zauważyłem bardzo wyraźnie, gdy grałem z Amerykanami. Nie mam radykalnych założeń, jeśli chodzi o czystość gatunku, bo sam nie gram muzyki jednowymiarowej. Szukam inspiracji w klasycznym, amerykańskim swingującym jazzie, ale nie zapominam też o tym, że ja jako muzyk jestem tworem wspomnianej muzycznej fuzji. Przy tym wszystkim pamiętam też o wierzbie Chopina i swojej słowiańskości.

Chciałabym spytać teraz o relacje z tak zwanym polskim trzonem jazzowym, z którym obcuje Pan na co dzień: Robert Kubiszyn, Michał Tokaj, Henryk Miśkiewicz – po tylu latach współpracy jesteście chyba solidną grupą przyjaciół. Czy trudno jest oddzielić sprawy muzyczne, organizacyjne związane z trasą, koncertami od relacji osobistych? W jaki sposób staracie się panowie to balansować?

Kwestie organizacyjne zupełnie nie kolidują z naszą przyjaźnią, którą cementują kolejne nagrania i wspólne trasy koncertowe. Wiemy już jak funkcjonuje rynek muzyczny. Dlatego też nikt się nie chandryczy o gotówkę, wszystko działa na zasadach współpracy i pełnego zaufania. Naszą więź dobrze obrazuje fakt, że ilekroć, gdy mam urodziny, to w większości odwiedzają mnie ludzie, z którymi aktualnie pracuję. Akt tworzenia wspólnej muzyki jest bardzo scalający.

A jak radzi Pan sobie z postępującym uzależnieniem każdej sfery życia od wizerunku w sieci?

Z wiekiem mam do tego coraz bardziej akceptujący stosunek. Świat, w którym żyjemy jest najlepszym z możliwych światów - bo w nim właśnie żyjemy. Nie jestem co prawda entuzjastą przesadnego „siedzenia na fejsie”, bo doskonale wiem, że to może szybko przeistoczyć się w działalność nałogową, ale czasami zdarza mi się nadużywać tego medium. Dobrze znam psychologiczny mechanizm „zbierania lajków”, który może stać się uciążliwy. To, co cenię w mediach społecznościowych to fakt, że dzięki nim mogę dotrzeć do nowych słuchaczy. Chcę mieć z nimi kontakt i wiedzieć, w jaki sposób reagują na moją muzykę.

Co ciekawego dla słuchaczy ma jeszcze do zaoferowania „mainstream”?

W każdym gatunku można usłyszeć wiarygodnych muzyków, którzy pięknie grają, a przy tym opowiadają jakąś historię, jak i muzyków, którzy zwyczajnie oszukują. Jest taki saksofonista, Scott Hamilton – gra muzykę z lat 40. i 50. XX wieku i robi to w tak uczciwy, bezpośredni i szczery sposób, że szalenie mi się podoba, mimo że pozornie nie ma w tym nic odkrywczego. Równie dobrze może się zdarzyć, że w graniu freejazzowym, które utożsamiane jest z kreatywnością i otwartością, nie ma żadnego przekazu. Każdy z tych gatunków może porwać lub zniechęcić słuchacza. Podobnie jest z mainstreamem który, notabene, postrzegam znacznie szerzej niż tylko jako muzykę z zeszłego stulecia. Owszem, muzyka mainstreamowa może być grana nudno, można jej przyłożyć łatkę knajpianego, przewidywalnego grania, ale taką samą łatkę można przyczepić do tzw. jazzu alternatywnego, a także do każdej innej muzyki. Dla mnie mainstream to przede wszystkim muzyka kompetencji. Tworzą ją muzycy, którzy potrafią grać, a przy tym podejmują muzyczne wybory. Jeżeli ktoś ryzykuje, gra ciekawie, inspirująco, to słuchacz nie będzie zastanawiał się nad konwencją, w jakiej umiejscowić dany utwór. Będzie mu się to podobało albo nie.