Han Bennink - improwizacja jak życie codzienne.

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
Michael Jackson

Europejska scena jazzowa, szczególnie ta zorientowana na swobodniejszą improwizację, zrodziła wielu wybitnych i legendarnych perkusistów. W tym szacownym gronie są bez wątpienia takie postaci jak Norweg Jon Christensen, dwaj olśniewający Brytyjczycy Tony Oxley i Paul Lytton czy urodzeni w Szwajcarii malarze perkusji Daniel Humair i niezrównany Pierre Favre. Swoje akcenty mocno zaznaczyli także nasi zachodni sąsiedzi, głównie dzięki istnieniu takich speców jak Paul Lovens. W tym wyjątkowym gronie jednak jest postać wyjątkowa nadzwyczajnie. Muzyk, którego gry nie sposób jednoznacznie sklasyfikować, i który oszałamiającą technikę połączył z umiejętnością budowania prawdziwie zadziwiającego perkusyjnego slapstickowego show. Zresztą, tak naprawdę to chyba wcale nie potrzebna jest mu perkusja, aby ożywić swoimi rytmami muzykę. Bez dwóch zdań, gdy na scenę wychodzi Han Bennink ta zaczyna lśnić prawdziwie zaskakującymi barwami.

 

I lśni już tak od wczesnych lat 60. Wtedy syn klasycznego perkusisty z Zaandam zaczął stawać się ważną częścią miejscowej holenderskiej, a niedługo potem i europejskiej sceny jazzowej. Zresztą to był dobry czas, szczególnie dla tak utalentowanych muzyków. Na początku lat 60. Europa Zachodnia, w tym też Holandia, stała się nadzwyczaj przyjazna dla jazzmanów amerykańskich. Zdaniem wielu wręcz utrzymywała amerykańskich muzyków na powierzchni zapewniając dobre zarobki, status wielkich gwiazd i bezpieczeństwo zwłaszcza od rasowych incydentów, które raz po raz targały Ameryką tamtych lat.

Stary Kontynent, ten nieoddzielony żelazną kurtyną, przemierzali wzdłuż i wszerz, a czasem nawet osiedlali się na nim, z jednej strony przedstawiciele free jazzu z Art Ensemble of Chicago, Donem Cherrym czy Anthonym Braxtonem na czele, z drugiej muzycy frakcji bardziej mainstreamowej. Stałymi gośćmi bywali wszyscy wielcy amerykańscy jazzmani. Z niektórymi z nich, jak choćby Dexterem Gordonem, Wesem Montgomerym, Sonny Rollinsem czy Erikiem Dolphym młody Han Bennink zaczął regularnie grywać podczas ich pobytów w Holandii. Z tym ostatnim nagrał nawet płytę, która jak się później okazało, była jego ostatnią sesją nagraniową. Trzeba przyznać, że był to prawdziwie imponujący płytowy debiut . Zostać uwiecznionym na „Last Date” to nie byle co! Zresztą nie on jeden dostąpił tego zaszczytu.  W sesji wziął udział również inny bardzo słynny Holender, siedem lat starszy od Benninka, pianista, kompozytor i konceptualista Micha Mengelberg krewny słynnej legendy batuty Willema Mengelberga. Z nim połączyła go nie tylko sesja „Last Date”, ale przede wszystkim wielka, także i muzyczna przyjaźń.

 

Być może to właśnie Mengelberg zaszczepił w młodszym koledze zainteresowanie nie tylko muzyką w szerokim rozumieniu tej dziedziny, ale także pasję do innych gałęzi sztuki? To możliwe tym bardziej, że sam był członkiem legendarnej grupy Fluxus oraz słuchaczem słynnych wykładów w Johna Cage’a w Darmstadt, a także dysponującym ogromną wiedzą o sztuce artystą z zadatkami na mentora. Zapewne więc, także i pod jego wpływem, Han sięgnął również po malarski pędzel. Do dziś okładki wielu jego płyt ozdobione są reprodukcjami jego malarskich prac.

Amerykański jazz poznawał Bennink z pierwszej ręki, horyzonty poszerzał w gronie najbardziej otwartych muzycznych umysłów swoich czasów. Nic zatem specjalnie zaskakującego, że jego muzyczne zainteresowania prędko skierowały się w stronę rodzącej się w Europie muzyki free improvised. Razem z Mengelbergiem oraz innym nestorem rewolucyjnych idei muzycznych Europy Willemem Breukerem współzałożył prawie 50 lat temu, Instant Composers Pool – organizację typu non profit, która za cel najważniejszy postawiła sobie wspieranie i promocję holenderskiej awangardy. Z czasem ICP stało się nie tylko organizacją, ale także prężnie działającym zespołem muzyczny, który w różnych modyfikacjach składu i w różnej liczebności działa do dzisiaj. Co więcej zespołem, którego osiągnięcia są znakomicie udokumentowane. W tym roku ukazało się nawet zbiorcze wydanie wszystkich płyt, jakie wyszły pod szyldem ICP. W sumie 52 płyty CD, dwie DVD a całość w numerowanym i limitowanym nakładzie 500 sztuk, z ręcznie wykonywaną przez Hana Benninka ilustracją. Spoglądając na nazwiska artystów, jacy mieli być częścią ICP i przed lata wsparli organizację swoim talentem, nie będzie wielkiej przesady nazywając organizację jednym z najważniejszych laboratoriów kreatywnej muzyki w historii improwizacji europejskiej.

 

Han Bennink był i jest jej integralną częścią, ale gdyby chcieć stwierdzić, że działalność ICP wyczerpuje muzyczne zainteresowania Benninka, popełnilibyśmy spory błąd. Hann Bennink przez dekady stał się legendą perkusji, nie tylko zresztą w Europie. Przez ten czasy działał praktycznie ze wszystkimi wielkimi światowej sceny. Grywał z innym legendarnym kolektywie, stworzonym przez angielskiego gitarzystę Dereka Bialey – Company, pracował regularnie z Peterem Brotzmannem, którego polskiemu czytelnikowi z pewnością nie ma potrzeby przedstawiać, a także z innymi niemieckimi prorokami awangardy. W latach 90. Współtworzył wraz z wiolonczelistą Ernstem Reijsegerem oraz urodzonym w USA, a mieszkającym w Holandii saksofonistą Michaelem Moorem, w swoich czasach bardzo znane i chętnie witane na festiwalowych scenach całego świata, Clusone 3. I w tym samym czasie blisko współpracował z gwiazdą post punkowej sceny, formacją The Ex, z którą zresztą pojechał na jej pierwszą trasę koncertową po Etiopii. Zasiadał za zestawem perkusyjnym w słynnej Glob Unity Schlippenbacha oraz w zespołach Steve’a Lacy’ego, aby za chwilę rzucić się w wir współpracy z Lee Konitzem albo z pianistą boogie-woogie Little Williem Littlefieldem.

 

Zbudował też całkiem spory i praktycznie w całości pozbawiony wpadek, cykl płyt duetowych z jednej strony z Cecilem Taylorem, Irene Schweitzer, z drugiej z Davem Douglasem czy ostatnio z nowojorskim dekonstruktorem klasyki Uri Cainem. W tym duecie odwiedzi też tegoroczną edycję festiwalu Jazz I Okolice i chyba słusznie będzie o tym koncercie pomyśleć jak o jednym z najważniejszych jazzowych zdarzeń koncertowych tego roku w Polsce.

Jazz, punk, ragtime, boogie-woogie, free improvisation, standard, mainstream, utwory Herbiego Nicholsa, Theloniousa Monka czy tak jak ostatnio w zespole The Whammies wielkiego sopranisty Steve’a Lacy’ego. Style muzyczne wydają się dla Hana Beninnka nie mieć specjalnie wielkiego znaczenia. Tak można by pomyśleć słuchając jego gry, która nie zależnie od stylu jest cudownie w jego konwencji zanurzona i jednocześnie zadziwiająco potrafi od niej się dystansować.

W jednym z wywiadów Bennink powiedział kiedyś, że improwizacja jest jak życie codzienne… jak przechodzenie po ulicy”. W jej toku może więc nas potkać praktycznie wszystko i tak naprawdę nigdy nie wiemy kiedy, z jaką prędkością przejedzie samochód, który z nich zatrzyma się na pasach, a który i gdzie gwałtownie skręci, kogo za zakrętem spotkamy i o czym będziemy rozmawiać. I pewnie dlatego też gra Hana Benninka potrafi być ogromnie fascynującą i co chwila zaskakującą podróżą. Dotyczy to zarówno samej filozofii improwizacji, ale także jej praktyki. Bo jeśli ktoś spodziewa się, patrząc na scenę, że za skromnym, ustawionym na scenie zestawem perkusyjnym zasiądzie szacowny, starszy pan, który uśmiechnie się kilka razy i zagra kompetentnie, tak jak nikt przed nim, tego może spotkać nie lada zdziwienie.

Strzyżone „na jeża”, siwiuteńkie włosy, czerwona frotka opasująca czoło, bywa, że szerokie szorty przed kolano, t-shirt i brązowe skórzane trzewiki na nogach. W dłoniach dwie pałeczki albo dwie szczotki. I rytm, który nie rodzi się na instrumencie tylko w wyobraźni, który nie potrzebuje instrumentu w klasycznym rozumieniu tego słowa, a wystarczy mu dowolny przedmiot. Okrągły stolik, statyw pod hi-hat, a czasami po prostu podłoga, w którą wystarczy uderzać dłońmi. Przez lata uprawiania takiego myślowego i rytmicznego perfomance’u koncerty Benninka stały się po trosze kabaretem, po części nieustannym dystansowaniem się wobec wszystkiego co oczywiste i „na miejscu” i w jakiejś mierze także układem choreograficznym złożonym z gestów, min i gagów.

Nie dajmy się jednak temu obrazowi zwieść. Za tym wszystkim jednak kryje się wirtuoz, i co znacznie ważniejsze, jeden z najwspanialszych na świecie mistrzów improwizacji…..,  grający akurat na chyba najmniejszym zestawie perkusyjnym, na jakim się da.