Gunther Schuller - człowiek, który wymyślił trzeci nurt

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. prasowe
Gunther Schuller powtarzał swoim kolegom-akademikom: trzeba porzucić na zawsze intelektualizowanie muzyki, jej analizę dla samej analizy. Trzeba w zamian pisać muzykę, która może trafić do szerokiej publiczności. Przekonywał do wychodzenia na przeciw słuchaczowi, choć sam był przecież wybitnie wykształcony, obyty z branżowym żargonem i wywodził się z tradycji Drugiej Szkoły Wiedeńskiej, wynoszącej pod niebiosa dysonanse, dodekafonię i inne zabiegi, prowadzące właśnie do wyalienowania zagubionego słuchacza. 
 
Schuller - jeden z najwybitniejszych amerykańskich kompozytorów, dyrygentów pedagogów i autorów książek muzycznych, który zmarł 21 czerwca w wieku 89 lat - był twórcą terminu "Third Stream", stanowiącego klucz do jego rozumienia muzyki przystępnej, nie rezygnującej jednak z ambicji. Termin, który po raz pierwszy w trakcie wykładu Schullera w Brandeis University w 1957 r., odnosił się do zgrabnego łączenia muzyki poważnej z jazzem; "trzeci nurt" zasadzał się na improwizacji, odrzucanej przez matematyczny świat muzyki poważnej. 
 
 
W swojej twórczości muzycznej sięgał po niezwykłe rozwiązania - w "Spectra", kompozycji-medytacji, przygotowanej dla New York Philharmonic w 1960 r. - podzielił orkiestrę na siedem zespołów, które następnie rozrzucił po całej scenie, tak by można było słuchać każdej z osobna, jak również - z pewnej odległości - jak całości. Przygotowywał także utwory na cztery kontrabasy (1947), pięć trąbek (1952) i kwartet wiolonczelowy (1958). Im dziwniejsze zadanie, tym chętniej brał się z nim za bary. Dziś komponowanie na takie składy nie wydaje się szczególnie awangardowe czy nietypowe, należy jednak pamiętać, że Schuller swoje prace tworzył na przełomie lat 40. i 50. Potrafił być nieprzystępny i trudny w odbiorze; potrafił być także poetycki, wrażliwy, wręcz delikatny. 
 
Urodził się w 1925 r. w Nowym Jorku, w niemieckiej rodzinie; jego ojciec pracował jako skrzypek w nowojorskiej filharmonii, wcześniej koncertując w Niemczech pod batutą Wilhelma Furtwanglera. Jego dziadek także był muzykiem - dyrygentem oraz nauczycielem. Jako nastolatek Gunther Schuller występował już na stałe w American Ballet Theatre. Grał na rogu. "Miałem wielkie szczęście wrodzić się w muzyczną rodzinę. Mój ojciec miał mnóstwo nut, walających się po domu. Jako 11-latek zacząłem kolekcjonować własne - jako 13-latek zacząłem kupować płyty" - wspominał w wywiadach.
 
 
Następnie przeniósł się do bardziej prestiżowej Metropolitan Opera Orchestra, w której pozostał do 1959 r. Nigdy nie otrzymał żadnego dyplomu z żadnej szkoły. Mówił o sobie, że jest "szkolnym wyrzutkiem". Był samoukiem, naturalnym talentem. Choć żył muzyką poważną, nastoletnią duszę pociągał nieuczesana, ekscytująca i nowa muzyka, jaką był jazz. Zafascynował się nią głównie za sprawą elegancji kompozycji Duke'a Ellingtona. Swoją karierę w tym gatunku rozpoczął od nagrywania z Milesem Davisem w 1949 r.
 
W 1955 r. wraz z pianistą Johnem Lewisem, Schuller założył Modern Jazz Society i wpadł w obsesję znalezienia wspólnego słownika dla jazzu i muzyki poważnej; swoje kompozycje rozdawał Theloniousowi Monkowi, Billowi Evansowi, Ericowi Dolphy'emu, Ornette'owi Colemanowi i Johnowi Lewisowi. Jest autorem ponad 190 kompozycji.
 
"Trzeci nurt" był niczym róg obfitości. "Inspiruje kompozytorów, improwizatorów i muzyków do wspólnej pracy na rzecz zjednoczenia muzyki" - tłumaczył Schuller. Muzyka jak esperanto - odwrócenie Wieży Babel, zjednoczenie wszystkich języków. By zgłębiać możliwości muzyki, zrezygnował z występowania. Poświęcił się komponowaniu i - od 1950 r. - nauczaniu. 
 
 
Za swoją pracę został nagrodzony Pulitzerem - za kompozycję "Of Reminiscences and Reflections" a także Stypendium McArthura, Jazz Masters Fellowship. W 2011 r. do księgarń trafiła jego autobiografia pod bardzo właściwym tytułem "Gunther Schuller: A Life in Pursuit of Music and Beauty". Ponieważ muzykę traktował śmiertelnie poważnie. Z tego świata odszedł do dźwięków "Ody do radości" z IX symfonii Beethovena. 
 
"Doprowadziliśmy do sytuacji, w której radość znika z twarzy naszych muzyków, zastąpiona przez bierność, cynizm, apatię czy wręcz nienawiść do nowej muzyki" - ostrzegał.