Frank Wright - muzyka płynie prosto z serca

Autor: 
Piotr Wojdat
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. prasowe

“Poprzez muzykę próbujemy się oczyścić, by móc wejść na wyższy poziom spokoju ducha i świadomości. Chcemy też zaprowadzić tam tych, którzy nas słuchają” - tak Albert Ayler w obrazowym, a zarazem filozoficznym ujęciu postrzegał swoją twórczość. Postać słynnego saksofonisty i jego wypowiedź pojawia się tu nie bez powodu. Jak wieść gminna niesie, to właśnie autor “Spiritual Unity” wywarł największy wpływ na bohatera tego artykułu i spowodował, że ten odwiesił gitarę basową na kołku, by ostatecznie móc sięgnąć po saksofon.

Frank Wright, bo to o nim mowa, znał się zresztą z Aylerem od dzieciństwa. I miał dar, który pozwolił go stawiać w gronie najbardziej uduchowionych saksofonistów w dziejach gatunku. W osiemdziesiątą rocznicę urodzin tego znakomitego artysty, którego muzyka została nieco pokryta patyną czasu, warto przypomnieć jego sylwetkę i drogę, którą konsekwentnie przez całe życie podążał.

Zanim jednak Frank Wright na dobre zapisał się w annałach historii afroamerykańskiego free jazzu, należy wspomnieć o tym, że grał w lokalnych zespołach R&B w Cleveland. To tam dorastał, przyjaźniąc się z Albertem Aylerem oraz przyszłym pianistą Bobbym Few. Przenosząc się do Nowego Jorku w pierwszej połowie lat 60., chcąc nie chcąc, znalazł się w centrum wydarzeń. Ameryka była wtedy pogrążona w głębokim kryzysie, na co wpływ miała wojna w Wietnamie, zamieszki na tle rasowym oraz zmiany społeczno-polityczne. Trudno nie dostrzec, że wydarzenia te odcisnęły swoje piętno na powstaniu nurtu ognistego free jazzu, zwanego przez niektórych fire music, zawdzięczającego oddającą sedno sprawy nazwę tytułowi płyty Archiego Sheppa z 1965 roku. Jednym z najbardziej znaczących reprezentantów tego typu muzyki okazał się być właśnie Frank Wright.

Na swoich pierwszych płytach wydanych przez wytwórnię ESP-Disk odżegnywał się od tego, co standardowe i oczywiste. Z saksofonu wydobywał potężne dźwięki, wywołując prawdziwą nawałnicę, której siła rażenia jest momentami porażająca. Zarówno na “Your Prayer” z 1967 roku, jak i na “Frank Wright Trio” wydanym dwa lata wcześniej, nie pozostawia jednak złudzeń co do tego, jakie inspiracje uznaje za punkt wyjścia do improwizacji. To właśnie tradycja w postaci muzyki gospel, bluesa, a nawet pieśni spirituals i tzw. work songs jest w mniejszym lub większym stopniu podskórnie obecna i żywa w utworach Wrighta. Przykładem potwierdzającym ten stan rzeczy jest “Your Prayer”, ponad 15-minutowa free jazzowa mantra, którą kończą zaśpiewy i łkanie amerykańskiego saksofonisty.

Spośród tych dwóch wydawnictw szczególnie warto wsłuchać się właśnie w “Your Prayer”. To płyta bardziej różnorodna brzmieniowo, na której charakter wpływa plejada świetnych instrumentalistów. U boku Franka Wrighta pojawiają się alcista Arthur Jones, trębacz Jacques Coursil, basista Steve Tintweiss oraz perkusista Muhammad Ali (brat Rashieda), podczas gdy na pierwszej płycie słuchamy basisty Henry'ego Grimesa oraz perkusisty Toma Price'a.

 

Frank Wright  cały czas dojrzewał i jako lider, i jako artysta. Oprócz Alberta Aylera, dużą inspiracją była dla niego także John Coltrane, któremu hołd złożył w postaci płyty “One For John”. Odwoływał się jednak do autora “A Love Supreme” niejednokrotnie. Charakterystyczne strumienie brzmień oraz coltrane’owskie melodie zaczęły się pojawiać bardziej wyraźnie na “Uhuru Na Umoja”. To zresztą kwintesencja stylu i chyba najlepszy album Franka Wrighta. Intensywny żar i liryczne, uduchowione fragmenty tworzą synergię, tworząc przy okazji intrygującą całość. Warto dodać, że na tej nagranej w 1970 roku płycie, saksofoniście towarzyszą alcista Noah Howard, pianista Bobby Few i perkusista Art Taylor.

Frank Wright wydawał kolejne płyty jako lider i w następnych latach. Współtworzył kwartet Center Of The World, którego nazwa była jednocześnie nazwą wytwórni płytowej. To był jednocześnie czas przenosin do Francji, gdzie label, za sprawą Sébastiena Bernarda, miał wesprzeć na polu wydawniczym tak zespół, jak i wszystkich jego członków. Efektem tych działań była m.in. płyta “Center Of The World”. W skład kwartetu odpowiedzialnego za to dzieło, oprócz Wrighta, weszli basista Alan Silva oraz dobrzy znajomi saksofonisty - Bobby Few na fortepianie oraz Muhammad Ali na perkusji.

Moc niesłabnących wrażeń niosły także płyty, na których Frank Wright odgrywał rolę sidemana. Lista jest naprawdę długa, wręcz imponująca i tylko trudno odgadnąć, dlaczego o artyście tak mało pisze się i mówi w obecnych czasach. Peter Brötzmann, Sunny Murray, Cecil Taylor to tylko nieliczni spośród tych, z którymi Wright współpracował i których można na potrzeby tego tekstu przytoczyć.

Frank Wright był aktywny scenicznie niemal aż do śmierci. W 1988 roku koncertował nawet z Art Ensemble Of Chicago. Niestety, zmarł 17 maja 1990 roku w Niemczech. Pozostawił po sobie gorący powiew żarliwej i szczerej muzyki. Wystarczy ją poczuć, wszak płynie ona prosto z serca.