John Abercrombie - koryfeusz

Autor: 
Tomasz Dec
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. prasowe

Gdybym miał jednym zdaniem przedstawić Johna Abercrombie, bez wahania powiedziałbym – był jazzowym koryfeuszem, który przez lata wytrwale krystalizuje swój język muzyczny, zawsze do bólu konsekwentny, nie pozwolił sobie przy tym zejść z wytyczonej ścieżki kariery, by choć na chwilę dać się ponieść dobrodziejstwom sławy. Prawdopodobnie nie było takiego projektu, nagrania, na którym Abercrombie mógł zbudować na trwałe marketingowy sukces. Niewątpliwie osiągnął w zamian wiele, by na przestrzeni lat zyskać miano jednego z najważniejszych współcześnie jazzowych autorytetów.

Abercrombie przechodził płynnie przez kolejne etapy rozwoju współczesnego jazzu. Stał się wiernym przedstawicielem następujących po sobie epok, w których przyszło mu tworzyć. Nie był prekursorem radykalnych, postępowych zmian, mimo to odegrał rolę we współczesnym jazzie nadzwyczaj istotną, był jednym z tych, którzy udoskonalali osiągnięcia poprzedników, podejmowali się żmudnego zadania rozpoznawania prawidłowości bieżącego okresu i czerpiąc z dotychczasowych dokonań, propagowali własne idee. Ten proces musiał wiązać się z potrzebą nieustannego ulepszania elementów techniki gry i brzmienia. Śledząc twórczość Abercrombiego, można przekonać się, z jaką dbałością o zachowanie własnego stylu dokonywał doboru składów i jaki był charakter wykonywanej przez niego muzyki.

 

Okres, kiedy Abercrombie określił kierunek muzycznego oddziaływania, przypadł na schyłek lat 70. Wówczas sformował zespół, z którym regularnie występował i nagrywał dłuższy czas. Jak później sam przyznawał, John Abercrombie Quartet stał się składem, dla którego po raz pierwszy mógł konsekwentnie pisać kompozycje, a wyjątkowa zgodność na płaszczyźnie muzycznej między muzykami kwartetu była z pewnością powodem wytworzenia szczególnego sentymentu gitarzysty do swojego zespołu.

Projekt John Abercrombie Quartet był w dużej mierze próbą uporządkowania dokonań nurtu zapoczątkowanego w latach 70, reprezentowanego między innymi przez Keitha Jarretta, Kenny’ego Wheelera, Jana Garbarka. Abercrombie, mając za sobą doświadczenia w muzyce quasi-rockowej (jeszcze w latach 60), jak również nagrywając w drugiej połowie lat 70 na gitarze akustycznej, zdecydował się rozwijać własny język, który na długie lata stał się ikoną ECM Records i dał podwaliny wytworzenia nowoczesnej stylistyki, będącej znakiem rozpoznawczym modern jazzu lat 90.

 

 

Jednakże warto pochylić się nad debiutanckim albumem Abercrombiego jako lidera. Wydany w 1975 roku Timeless mógł stać się albumem dającym nowe spojrzenie na fusion. Abercrombie nie zdecydował jednak się pójść zgodnie z tym nurtem. Timeless pozostał albumem, będącym wynikiem wpływów muzyki rockowej w stylistyce Abercrombiego (projekt u schyłku lat 60 – Dreams), które jednak nie doczekały się kontynuacji i dlatego ten album tak bardzo różni się od późniejszych nagrań gitarzysty.

Abercrombie nigdy nie porzucił realizacji planów o komponowaniu na trio z organami. Powrotem do instrumentarium z albumu Timeless była współpraca z Danem Wallem i Adamem Nussbaumem, jednak w zupełnie innej postaci. Wpływy wczesnych lat 90 silnie determinowały ówczesny charakter muzyki tworzonej przez trio. Ten okres również można by określić mianem krystalizacji dokonań modern jazzu w twórczości gitarzysty, samo trio było wyjątkowo niespektakularne, na takich projektach nie buduje się sukcesu marketingowego.


Projekt Gateway również był swoistym powrotem Abercrombiego do nagrywania i koncertowania z Davem Hollandem i Jackiem DeJohnette w latach 90, ale w jakże przeobrażonej formie! Nie nazwałbym tego kontynuacją myśli muzycznej z drugiej połowy lat 70, poza tym, że skład pozostał niezmieniony. Trio Gateway było zespołem trzech doświadczonych jazzmanów, którzy doskonale rozpoznali kierunek ewolucji współczesnego jazzu. Niewątpliwie sekcja rytmiczna tria swoją charyzmą potrafiła stymulować Abercrombiego do gwałtowniejszych, chwilami wzmocnionych zagrań. Mimo że zespół zyskał pewną popularność, nie można by go uznać za najbardziej reprezentatywny projekt w karierze gitarzysty. Wówczas grało się tak z potrzeby utrwalenia pewnego porządku…

Jack DeJohnette, Peter Donald, Peter Erskine, Adam Nussbaum, a na przełomie wieków Joey Baron stał się najbardziej oddanym bębniarzem Abecrombiego, i z pewnością był tym, który nadał nowe oblicze muzyce gitarzysty. Przy współudziale Marka Feldmana Abercrombie dokonał syntezy brzmienia gitary elektrycznej i skrzypiec, jakże udanej i jakże trudnej zarazem. Obaj jazzmani zestawili charakterystyki obu instrumentów, w efekcie powstał inspirujący dialog, który organizuje zasada kontrastu – liryka Feldmana jest równoważona przez (mimo wszystko) umiarkowaną drapieżność gitary Abercrombiego.

 

Joey Baron grał na przestrzeni lat w sposób bardzo zróżnicowany. Jednak zawsze doskonale czuł charakter muzyki Abercrombiego. Nie inaczej było podczas nagrania albumu 39 Steps (znowuż przesunięty w czasie powrót gitarzysty do kwartetu fortepianowego!). Baron doskonale dostosował się do spokojnego wydźwięku, jaki stworzył kwartet z Markiem Coplandem. Abercrombie kolejny raz oparł się nieprzekonującym pokusom wpływów upływającego czasu, jak zawsze wytrwały w obranym kierunku patrzenia na swoją twórczość, ze sporym dystansem do samego siebie. Profesjonalny w każdym calu.

Nie da się zaprzeczyć, że brzmienie gitary Abercrombiego ewoluowało na przestrzeni lat, jednakże sam Abercrombie pozostał jazzmanem oddanym wartościom wykształconego przez siebie stylu i pielęgnującym estetykę swojego brzmienia. Świadomie i z niezwykłym pietyzmem dobierał składy, zarówno jako lider, jak i sideman. Ze szczególną starannością pisał kompozycje będące wyznacznikiem przyświecających mu wartości, świadczą same za siebie o Johnie Abercrombiem jako o jazzmanie, który wytworzył unikatowy styl i potrafi się z nim utożsamić.

 

Abercrombie, choć pozostawał w cieniu innych wielkich gitarzystów, zapracował na miano najwybitniejszego gitarzysty ECM Records, a jest to najwyższa rekomendacja, choć gdzieś poza blaskiem reflektorów. Przez lata niedoceniany, mimo iż jego wkład w kształtowanie powszechnego wyobrażenia o kierunkach ewolucji gitarowej stylistyki, wkład w rozwój jazzu w ogóle, jest niepodważalny. Zmarł wczoraj, miał 73 lata.