Jazztopad 2016: Wayne Shorter - rzeźbiarz, który został muzykiem

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat.promocyjne

KARUZELA

Było już dobrze po północy a ja wciąż siedziałem ze słuchawką przyklejoną do ucha w redakcji Polskiej Agencji Prasowej w Warszawie, nerwowo stukając ołówkiem w stary aparat telefoniczny. Miałem umówioną rozmowę z Wayne’em Shorterem, o którym kontrabasista John Patitucci powiedział, że jest „najsympatyczniejszym geniuszem, jakiego kiedykolwiek spotkasz”. Ale na razie nie odbierał. Raz jeszcze zacząłem wybierać długi numer telefonu do Los Angeles.

„Będzie trochę dziwnie” – ostrzegał mnie kilka dni wcześniej kolega, który rozmawiał z Shorterem kilka lat wcześniej, po koncercie w Warszawie. „Opowiadał mi, że rzeczywistość nie istnieje, że to wielka iluzja i że bardziej realne niż rzeczywistość materialna istnieją bajki i wróżki i że trzeba żyć świadomie każdą chwilą bo niczym więcej niż chwilą nie jesteśmy. I takie różne”.

Powiedział mi także o swojej rozmowie z Robem Griffinem, menadżerem i realizatorem dźwięku, który od kilkudziesięciu lat pracuje z Shorterem. Griffin wyznał, że rozumie jakieś 30 procent tego, o czym saksofonista mówi. Wayne Shorter mówi rebusami, zagadkami, lubuje się w ekscentrycznych porównaniach i nieoczywistej metaforyce. Ale nadal nie odbiera.  Zakląłem i po raz trzeci zacząłem wykręcać numer, tym razem z pamięci.

 „Słucham” – odezwał się głos, wybijając mnie z wystukiwanego o telefon rytmu. Natychmiast wyrzuciłem z siebie oficjalną litanię: „Dzień dobry, dzwonię z Polskiej Agencji Prasowej w Warszawie, miałem umówioną rozmowę z panem Wayne’em Shorterem”. „Przy telefonie” – usłyszałem i nogi się pode mną ugięły, choć siedziałem. Nie wiedziałem, że numer, który otrzymałem jest jego numerem prywatnym. „Cześć, jak się czujesz? Halo?” – dopytywał a ja nie wiedziałem, co mógłbym odpowiedzieć, żeby było godnie geniusza, ciekawie i intrygująco, żeby chciał ze mną rozmawiać. „Tak, dzień dobry, dobrze, dziękuję. A jak pan się miewa?”. Genialne.

Potem zrobiło się naprawdę dziwnie.

„Śmierć jest tymczasowa i musimy próbować odnaleźć coś stałego. Ale to jest bardzo trudne do zagrania. I jeszcze tak, żeby kogoś zabawić! Chcę mierzyć się z niewykonalnym. To jest właśnie to, co napędza sztukę w jej rozwoju, jaka by nie była - wyzwanie. Dla mnie definicja jazzu to +wyzywam cię+. To rzucenie wyzwania wszystkiemu temu, w co wierzysz, że jest dane raz na zawsze” – oświadczył, zanim zdążyłem zadać jakiekolwiek pytanie. I zaczął się śmiać. Też się pośmiałem.

 

***

Jeden z najwybitniejszych saksofonistów historii muzyki jazzowej, krótko przed swoimi 80-tymi urodzinami powiedział, że jeden z jego najsłynniejszych utworów, nagrany jeszcze w 1966 roku, „Footprints” wciąż nie jest ukończony. Od czasu jego nagrania, utwór stał się standardem, jazzową klasyką. A Shorter mówi, że nie jest jeszcze gotowy. Kokieteria, żart, zdziwaczenie? Słuchałem „Footprints” tysiące razy i nigdy nie poczułem, ani na chwilę, że czegoś tam brakuje.


Ale Shorter znany jest ze swojego oryginalnego, duchowego podejścia do muzyki. Wiadomo – nie ma czegoś takiego jak początek, nie ma czegoś takiego jak koniec. To tylko coś, na co się godzimy, co się przyjęło. Nigdzie nie widać tego lepiej niż, gdy kwartet Wayne’a Shortera jest na scenie. Można o nim powiedzieć wiele rzeczy ale na pewno nie to, że zamierza schlebiać publiczności. Nie odzywa się do widowni, nie wita się, nie przedstawia zespołu, nie opowiada dowcipów jak jego kolega Herbie Hancock, który więcej gada niż gra. Tak było podczas jego ostatniej wizyty, we Wrocławiu.

Podczas koncertu Shortera nie ma miejsca na kabaret, na zagadywanie własnej muzyki. Muzycy wchodzą na scenę, kłaniają się po czym przechodzą do sztuki. Przerywają półtorej godziny później. Jeśli jest początek to jest nim moment, w którym Shorter przykłada saksofon do ust i nie wydobywa z niego żadnego innego dźwięku poza lekkim szumem powietrza, wpuszczanego w metalowy instrument. „To dźwięk samego początku” – tłumaczył mi spokojnym głosem kogoś, kto przywykł, że inni nie pojmują jego idei w jej całkowitej złożoności. Wokół tego dźwięku gromadzą się inne, wydawane przez kontrabasistę Johna Patitucciego, pianistę Danilo Pereza i perkusistę Briana Blade’a. Po krótkiej chwili zawieszenia, w którym kompozycja jeszcze donikąd nie idzie, zastanawia się dopiero nad obraniem kierunku, któryś z nich podejmie męską decyzję. „Gdy wychodzimy na scenę często patrzymy na siebie, jakbyśmy mówili: +Nie mam absolutnie żadnego pomysłu+” – wyznawał w wywiadach Perez. A – rzecz istotna - dzieje się tak, ponieważ znaczna część występu jest zaimprowizowana.

A więc: „Nic nigdy nie jest ukończone, zamknięte. +Koniec+ to dla mnie tylko chwilowa ugoda. Słowa jak +początek+ i +koniec+ wydają mi się po prostu sztuczne, nie prawdziwe. To coś, na co przystajemy z braku głębszej świadomości życia. Mamy w zwyczaju nie docenianie rzeczy, z jakimi spotykamy się na co dzień. Wydaje nam się, że po prostu są, jakie są i takimi będą trwać, ale to my się mylimy - one w ogólnie nie są takie, jak nam się wydaje! Są wiecznie gotowe do użycia, jak nieskończony wszechświat” – tłumaczył Shorter, jakby to było zupełnie oczywiste. „Często wyrzucamy różne rzeczy na śmietnik - czasem są to słowa, czasem małżeństwo, relacje. Ja uważam, że wszystko we wszechświecie podlega ciągłemu procesowi, wciąż jest odnawiane. Nie ma czegoś takiego jak koniec. Satysfakcjonuje mnie poczucie, że nie ma czegoś takiego” – kontynuował.

Pierwszy utwór trwał 45 minut. Lider niejednokrotnie ograniczał się do zagrania jedynie kilku dźwięków, krótkiej frazy, jakby sugestii dla reszty zespołu. Grający za jego plecami muzycy podchwytywali jego pomysły, wspólnie pracowali nad melodią a gdy muzyka zaczęła przypominać zwartą kompozycję, natychmiast przekształcali temat, zamieniając go w kolejną melodią, za którą można pogonić. I tak przez dwie godziny. I ani razu się nie powtórzyli, ani razy nie popadli w banalność, ani razu nie ratowali się jakąś muzyczną kliszą, jakimś oczywistym wyborem. Przy tym wszystkim nie zapominali śmiać się do siebie i stroić miny. Przypominali uczniaków, wydurniających się przy milczącym przyzwoleniu starszego, ulubionego nauczyciela, który łaskawie toleruje ich wygłupy. Bo zdolne chłopaki są.

Gdy drugi bis dobiegł końca, Patitucci, Perez i Shorter wymieniali już uściski dłoni i kłaniali się publiczności, Blade wskoczył jeszcze za perkusję i zaczął nabijać rytm. Pozostali członkowie kwartetu podążyli za nim i jeszcze przez kilka minut bawili się nowym pomysłem. A potem skończyli, jak dzieciaki, które znudziły się nową zabawką. Skończyli, choć podobno koniec jest tylko umowny.

***

A Wayne Shorter nawet nie zamierzał być saksofonistą. Żył sobie spokojnie, poświęcając całą swoją nastoletnią uwagę sztukom plastycznym. Muzyka była tylko dodatkiem do filmów. Tuż przed jego szesnastymi urodzinami, kolega zapytał go: „Czy słyszałeś kiedyś Charlesa Christophera Parkera?” I nagle rysunek i rzeźba przestały być jedynym, co wypełniało jego życie. W jego świat wkroczyli barbarzyńcy – Dizzy Gillespie, Charlie Parker, Max Roach, Thelonious Monk i Bud Powell. Dziki be-bop, rozgorączkowany i agresywny, doskonała ilustracja ulicznego zgiełku Nowego Jorku.

„Podobało mi się, co powiedział Sonny Rollins w jednym z wywiadów; zapytali go dlaczego Charlie Parker i Dizzy Gillespie grali taką dziką muzykę jak be-bop. Sonny powiedział, że nie grali tej muzyki, żeby pokazać jak dobrze potrafią zagrać i być mistrzami, tylko po to, żeby być ludźmi. Być człowiekiem to mieć odwagę i nie uważać, że skoro wyglądamy jak ludzie, to na pewno nimi jesteśmy” – stwierdził, gdy rozmawialiśmy.

Wagarował z kolegami w Adams Theatre, położonym zaraz przy szkole, do której chodzili. Za dnia wyświetlano tam filmy a po wieczornych projekcjach odbywały się koncerty zaproszonych jazz-bandów. W niewielkiej sali Shorter słuchał gry Gillespiego, Stana Kentona i Woody’ego Hermana. Żeby bezkarnie wymykać się z lekcji i przesiadywać w Adams Theatre, przyszły saksofonista taśmowo produkował zwolnienia, podrabiając podpis swojej matki. Sielanka skończyła się, gdy pewnego dnia ogromny głośnik, zainstalowany w rogu klasy zagrzmiał: „Wayne Shorter ma się natychmiast stawić w gabinecie dyrektora” gdzie ucznia i jego rodziców poinformowano go o rekordowych 56 nieobecnościach.

Za karę został zesłany do klasy muzycznej, prowadzonej przez Achillesa D’Amico. Po wspólnym wysłuchaniu 40. Symfonii Mozarta, nauczyciel ogłosił: „Muzyka idzie w trzech kierunkach”. Pierwszy – „Święto wiosny” Strawińskiego, drugi – „Xtabay” Ymu Sumac. Trzeci – Charlie Parker. Miał 16 lat gdy zaczął uczyć się gry na klarnecie, później na saksofonie. Jego występki zostały nagrodzone.

Gdy Shorter wrócił z wojska, w 1956, miał już za sobą koszarowe występy w zespole pianisty Horace’a Silvera. W 59’ został saksofonistą w zespole Jazz Messengers, dowodzonym przez genialnego perkusistę Arta Blakeya; jego grupa służyła za „poligon” dla młodych muzyków, owszem – utalentowanych, ale jeszcze nie sprawdzonych w poważnej grze, dopiero terminujących.

Wayne, „złote dziecko”, ulubieniec rodziców, rozwijał się pięknie i bez przeszkód. Za jego plecami, w tle, siedział Alan, starszy brat, cieszący się dziecięcą ksywką „Doctor Strange”. Zamierzał zostać lekarzem ale zazdrość wzięła górę i postanowił poświęcić się muzyce. Grał na trąbce i sam sprowadził na siebie klątwę.  O ile kariera Wayne’a przebiegała wzorowo a saksofonista piął się po kolejnych szczeblach sukcesu, Alan popadał w coraz większą frustrację. Alan nagrał tylko dwie płyty. Obie znakomite – „Orgasm” (1968) i „Tes Esat” (1971)., wydane przez marginalną francuską oficynę. Dziś niedostępne. Obie zostały całkowicie zignorowane i zapomniane, a naprawdę obie zasługują na niejednokrotne przesłuchanie. W końcu, zniechęcony brakiem sukcesu, starszy z braci Shorterów zszedł ze sceny jednego z paryskich klubów, rzucając za sobą tylko „Jeszcze nie jesteście na mnie gotowi!”. Być może nigdy w pełni nie będziemy. W każdym razie Alan Shorter nie nagrał niczego więcej i zmarł w 1987 r., jako jazzowa ciekawostka, brat bardziej sławnego saksofonisty. Jego największym moment sławy trwał niecałe 10 minut. Tyle czasu ciągnie się piękna i smutna kompozycja „Mephistopheles”, zamykająca album „The All Seeing Eye” Wayne’a z 1965 r. Jego kompozytorem jest właśnie Alan, który zagrał w nim także na flugenhornie.

***

Gdy rozmawiamy, Shorter skacze z tematu na temat, często odbiegając daleko od zadanego mu pytania. „Niewiele osób rodzi się z poczuciem odpowiedzialności i troski za drugą osobę. Im bardziej doroślejemy, mamy do czynienia z różnymi, często nieprzyjemnymi, ludzkimi postawami. To wszystko jest jak z małymi żółwiami - przychodzą na świat na plaży ale niewiele z nich dociera do morza; wiele z nich umiera po drodze. Dla mnie to kwestia wyzywania samego siebie. Od rozstrzygania kwestii tego, jak się wszystko w życiu zaczęło, wolę myśleć o potencjale - z czego on się zrodził? W najnowszej książce Stephena Hawkinga, pisze on na pierwszej stronie: Wszechświat stworzył sam siebie. Sam siebie! Po prostu "BUM!" - jak uderzenie w bęben” – odjeżdża w stronę duchową i zaczyna się śmiać. A ja zapytałem tylko, jaki jest jego stosunek do jazzowej tradycji. Odpowiada nie wprost. Chętniej posługuje się anegdotą i poetyckim porównaniem. Takim jak historyka o żółwiach.

Podobny przepływ informacji obserwowałem podczas lipcowego koncertu w Warszawie, gdy żar lał mi się za koszulę. Shorter nie odgrywa  po prostu na scenie tego, co wszyscy chcą usłyszeć, a zmusza ich – i swoich muzyków razem z widownią – do ciągłej uwagi i skupienia. Ostatecznie odpowiada także na moje pytanie. „Tradycja to dla mnie studiowanie podstaw. Nie samego jazzu - po prostu dźwięku. Studiowanie jego filozofii, co to w ogóle znaczy? Dźwięk, czym właściwie jest? Czym jest dźwięk dźwięku? Dużo młodych muzyków, i nie tylko młodych, chętnie maskuje różne niedociągnięcia szybkim graniem, instrumentalną ekwilibrystyką, akrobacjami. W ten sposób gubią dźwięk, brzmienie, nie wiadomo, jak brzmi ich muzyka, poza tym, że jest szybka. To takie podejście - mogę zagrać szybciej, niż ktokolwiek inny!”. Przed oczami stają mi wirtuozi z Dream Theatre.

„Musimy się zmuszać do tego, żeby pójść w kierunku, w którym normalnie by się nie poszło, ponieważ nie przypomina on tego, co zwykle robimy, tradycji w jakiej się poruszamy. Brak odwagi i strachu przypomina kamuflaż, jakbyśmy bali się próbować. Jako ludzie, mamy w sobie zupełnie satysfakcjonujący poziom ignorancji, jednak nawet ona powinna być wykorzystywana w dobrych celach. To błogosławieństwo. Sprawia, że nabieramy pokory i możemy potem iść naprzód z większą świadomością i kreować realną wartość zamiast wartości iluzorycznej, tymczasowej” – tłumaczył.

Był środek lipca, było cholernie gorąco. Shorter zdecydował się grać jako pierwszy, otworzyć czwarty dzień festiwalu, w najstraszniejszy żar. W dodatku koncert odbywał się w hali fabrycznej z blaszanym dachem. Nie było czym oddychać, co chwila ktoś musiał wyjść na dwór, żeby nie stracić przytomności. Pociłem się od samego siedzenia na krześle. Ocierałem czoło i przyglądałem się 80-letniemu Wayne’owi Shorterowi, który gra dwugodzinny koncert, grając na instrumencie dętym. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, jaki to wysiłek.

80-letni saksofonista i jego zespół młokosów; najstarszy z nich – kontrabasista John Patitucci jest młodszy od Shortera o niemal 30 lat. Ale Shorter też był kiedyś młodszy od swojego lidera. W 1963 r. zadzwonił do niego największy muzyk jazzowy na świecie i zaprosił go do swojego nowego zespołu. 30-letni Wayne Shorter został saksofonistą w kwintecie Milesa Davisa, tak zwanym „drugim”. Davis, wówczas 36-letni, otoczył się gołowąsami bez przesadnego doświadczenia: obok Shortera w grupie znaleźli się 23-letni pianista Herbie Hancock, 26-letni kontrabasista Ron Carter i zaledwie 18-letni genialny perkusista Tony Williams.

„Miles kiedyś mnie spytał: Wayne, nie jesteś już zmęczony graniem muzyki, która brzmi jak muzyka?” – opowiada mi Shorter, naśladując przy tym zachrypnięty głos Davisa. „W naszym zespole wszyscy są liderami, na równych prawach. Są cholernie dobrzy. Nie sprzeczają się między sobą, szanują się nawzajem, nie rywalizują. A najważniejsze jest to, że słuchają się nawzajem. Dlatego udaje nam się tworzyć muzykę – mam nadzieję – ciekawą” – dodaje, nie wiem po co. Dwa razy doświadczyłem tego dziwnego święta, gdy przyjeżdża Wayne Shorter żeby zagrać coś, co niczego nie przypomina, gdy nie wiadomo, co za chwilę zrobi któryś z jego muzyków. I owszem, zazwyczaj wydaje mi się to całkiem ciekawe.

Z Danilo Perezem spotkałem się po zeszłorocznym koncercie we Wrocławiu. Opowiadał, że z początku nienawidził gry z Shorterem. Wiedział, że praca w jego zespole jest zaszczytem, przepustką do kariery, namaszczeniem, jednak nie potrafił odnaleźć się w dziwacznych zwyczajach lidera. Shorter nie uznawał prób. W ramach przygotowań, rozdawał swoim podopiecznym książki, zdjęcia, czasami po prostu aforyzmy, które wydały mu się intrygujące. Do przemyślenia i wykorzystania.

„Przez cały czas zadawałem sobie pytanie: co się do licha dzieje? To było jak lekcja kształcenia słuchu dla zaawansowanych – niekończące się zmagania z odnalezieniem się w przestrzeni. Miałem tego dość” – wspominał Perez początki w grupie. Podczas jednego z koncertów jednak nadeszło dla pianisty zbawienie, jak zwykle w najmniej oczekiwanym momencie z najmniej oczekiwanej strony. Koncert odbywał się „na powietrzu” i Perez zapatrzył się na karuzelę. Przestał myśleć o muzyce, przestał martwić się o to, co ma grać i czy jest to zgodne ze sztuką. Liczyła się karuzela. Shorter od razu podszedł do niego i zakomunikował „O to właśnie chodzi”. O karuzelę.

Dziś Perez nie ma już wątpliwości, nasiąknął shorterowską poetyką: „Muzyka jest tylko przepustką do tego, by rozwijać swoje człowieczeństwo. Pisz i graj muzykę w taki sposób, w jaki chciałbyś urządzić świat” – mówi ale tak naprawdę pewnie powtarza, co wcześniej tłumaczył mu szef.

***

Herbie Hancock i Tony Williams piszczeli ze szczęścia jak mali chłopcy, którymi byli, gdy zadzwonił do nich Miles Davis, zapraszając na przesłuchanie do nowego kwintetu, który właśnie organizował. Przybiegli natychmiast i przez tydzień grali w domu Davisa, w towarzystwie kontrabasisty Rona Cartera. Rok wcześniej z zespołem Davisa pożegnał się John Coltrane i trębacz zmuszony był poszukać zastępstwa, o ile było to w ogóle możliwe. Ponieważ nie było, po prostu zdecydował się na założenie zupełnie nowego kwintetu. Ale nadal nie miał saksofonisty. Próbował Jimmy’ego Heatha i Hanka Mobleya. I zawsze coś było nie w porządku. Przede wszystkim żaden z nich nie był Wayne’em Shorterem.

„Wayne był moim pierwszym wyborem, ale Art Blakey mianował go kierownikiem muzycznym Jazz Messengers, więc nie mógł odejść” – opowiadał Davis w swojej autobiografii „Ja, Miles”. Próbował więc dalej. Próbował Sama Riversa i George’a Colemana. Ale oni także nie byli Shorterami. W końcu doczekał się.

„Byłem w Los Angeles, gdy dotarła do mnie oczekiwana wiadomość: Wayne Shorter odszedł z Jazz Messengers. Zadzwoniłem do Jacka Whittemore’a i kazałem mu zadzwonić do Wayne’a. Tymczasem kazałem wszystkim w zespole także do niego zadzwonić, ponieważ oni kochali jego grę tak samo jak ja. Więc wszyscy dzwonili do niego, błagając aby dołączył do zespołu. Gdy w końcu zadzwonił, kazałem mu przyjechać. Aby przyjechał NA PEWNO, wysłałem sukinsynowi bilet pierwszej klasy, żeby przyjechał z klasą, tak strasznie chciałem go mieć. A kiedy się zjawił, coś naprawdę zaczęło się dziać”. Shorter zastąpił mu Coltrane’a choć oczywiście nikogo nie zamierzał zastępować. Miał wystarczająco wiele własnej osobowości.

Grupa Davisa zaczynała w czasie wielkiego przesilenia w muzyce jazzowej. Poza tym, że w 63 r. Ameryka się zmieniła: w listopadzie w Dallas od kul zamachowca zginął prezydent John F. Kennedy, który zamierzał do 65 r. wycofać z Wietnamu amerykańskie wojska. Wraz z jego śmiercią i awansem Lydona B. Johnsona z wice na prezydenta Stanów Zjednoczonych w jej następstwie, plany te legły w gruzach. W kraju szalała anty-komunistyczna histeria, zimna wojna, beatlemania, Ruch Praw Obywatelskich na czele z Martinem Lutherem Kingiem, Nation of Islam z Malcolmem X i Muhammadem Alim. Działo się. Jazz też się zmieniał, pojawiła się silna grupa młodych innowatorów, jak saksofoniści Archie Shepp i Albert Ayler czy pianista Cecil Taylor. Od kilku lat nowojorską publiczność swoją, wolną od zasad formalnych, grą dzielił Ornette Coleman. Jazz zaczął odstraszać szeroką publiczność. W 1964 r. mówiono nawet o jego śmierci. W 1964.

 Miles nie należał do fanów free-jazzu. Jak twierdził, Coleman i jemu podobni nie grają z zespołem tylko wyłącznie sami ze sobą. Jego grupa miała poszerzać formę ale nie zrywać z nią całkowicie. Jak podkreślał, zamierzał „eksperymentować z nią – nie bez niej”.

Davis: „Wayne wniósł pewien szczególny stosunek do reguł muzycznych. Jeśli nie działały, wtedy je łamał, ale z muzycznym sensem; rozumiał, że wolność w muzyce to taka znajomość reguł, która pozwala naginać je do własnej satysfakcji i smaku. Wayne zawsze był gdzieś tam, w tym swoim własnym wymiarze, na orbicie wokół swej własnej planety. Wszyscy pozostali w zespole stąpali po ziemi. W zespole Arta Blakeya nie mógł robić tego, co robił w moim; kiedy był w moim zespole, wydawał się kwitnąć jako kompozytor. To dlatego mówię, że w swych aranżacjach i kompozycjach był intelektualnym katalizatorem muzycznym w zespole”.

Był także jedyną osobą, której wolno było przynosić własne kompozycje. Tylko z jego strony to akceptował. „Nasza muzyka zmieniała się każdego pieprzonego wieczoru; jeśli słyszałeś ją wczoraj, dziś była inna. Nawet my nie wiedzieliśmy, dokąd to wszystko zmierza.” – wspominał trębacz. Brzmi bardzo znajomo.

***

Kilkadziesiąt lat później Shorter ma lat 80 a kolejny najstarszy członek jego kwartetu, Patitucci, jest niemal trzydzieści lat młodszy. Shorter-lider podąża trasą, wyznaczoną przez Davisa – ich muzyka także zmienia się każdego pieprzonego wieczoru.

Po zejściu ze sceny, po niemal dwugodzinnym koncercie, Shorter po prostu w sekundę znalazł się w swoim hotelu. Elvis opuścił budynek, nie było szans żeby przynajmniej się przywitać. Został natomiast Danilo Perez. Przez godzinę podpisywał płyty i pozował do zdjęć z fanami, cały rozpromieniony i szczęśliwy.

„Wayne czasami mówi mi: zagraj, jakbyś nigdy wcześniej nie grał na tym instrumencie; ma na myśli zostawienie za sobą całego bagażu doświadczeń, przesądów i przyzwyczajeń, które sprawiają, że gra jest bezpieczna. Tego typu rady zupełnie zmieniły sposób w jaki myślę i sposób, w jaki współpracujemy ze sobą. To wielka, wspaniała rodzina. Jest w niej tak wiele czułości, uczucia i szacunku dla siebie nawzajem. Uważnie słuchamy się nawzajem, gdy zagalopujemy się albo zabrniemy w róg, bez wyjścia i wydaje się, że wszystko zaraz się zawali, zawsze znajdzie się ktoś, kto podejmie decyzję i pchnie kompozycję w nowym kierunku” – tłumaczył. Gdy szliśmy do garderoby muzyków, mijając scenę na której technicy zbierali sprzęt i porządkowali cały bałagan kabli, Perez pokręcił głową. „Dzisiaj było naprawdę niezwykle”.

Łatwo dostrzec, że pianista jest kompletnie przesiąknięty filozofią gry – i życia – której naucza Shorter. Jest uczniem swojego mistrza i ma wielkie szczęście, że kopnął go taki zaszczyt. Używa podobnych zwrotów, co saksofonista i tak jak on, niemal obsesyjnie powraca do tematu potencjału i błędu. „Podejmij ryzyko i zrozum, że nie ma czegoś takiego jak błąd. Błąd to potencjał do powstania czegoś nowego. To się zdarza cały czas w każdej chwili koncertu mam wrażenie, że zostawiamy za sobą wszystko, co wiemy. Nie da się porównać tego, co dzisiaj zagraliśmy z tym, co działo się wczoraj. Strasznie dzisiaj ryzykowaliśmy. Byliśmy kilkakrotnie na krawędzi.” Błędy? Krawędź? Kokieteria?

„To uczy nas także, że zarówno porażki jak zwycięstwa są tymczasowe. Staramy się żyć chwilą i cieszyć się. Wayne w kółko to powtarza: żyj w chwili, żyj w teraźniejszości. Próbujemy często czegoś, co nazywamy koncepcją +Zero Gravity+, która opiera się na możliwości wielkiego potencjału – nic nigdy nie ma początku i nie ma końca, nie wiemy dokąd nas to zaprowadzi, poddajemy się temu. Tego się od niego nauczyłem”.

Choć dziś Perez wszystko już rozumie i z pasją kaznodziei prawi o wieczności i braku grawitacji, nie zawsze tak było. Nie od razu łapał się w meandrach shorterowskich metafor i przypowieści.

„Wayne nie mówi do ciebie wprost; używa metafor, zagadek, kodów. Kiedyś powiedział mi, żebym włożył więcej wody do akordu, miał być bardziej +wodnisty+. Chodziło mu o skonstruowanie akordu w taki sposób, żeby dawał ci wrażenie przestrzenności i słuchania wody. Gdy się poznaliśmy, powiedział mi: graj i pisz muzykę w taki sposób, w jaki chciałbyś urządzić świat”. Proste? Proste.

„Nigdy nie przeżyłem czegoś podobnego. Pracowałem ze Stevem Lacym, Dizzym Gillespiem, Royem Haynesem, Jackiem DeJohnette’em, wieloma legendami, mistrzami. Praca z nimi dała mi wiele cennych doświadczeń. Gdy zacząłem grać z Wayne’em, zacząłem wymyślać sobie nowe sposoby ćwiczenia, za jego radą. Ćwiczyłem na przykład do kreskówek jak +Tom and Jerry+. Muzyka z kreskówek często jest znakomita. Włączałem telewizor i zaczynałem ćwiczyć, grać te śmieszne, szybkie melodie, które cały czas zmieniają swój nastrój. Coś, co zaczęło się jedynie jako żart, dziś jest dla mnie formą ekspresji, wykorzystuję ją na scenie. Nigdy nawet nie przyszłoby mi do głowy żeby ćwiczyć do kreskówek, gdybym nie poznał Wayne’a. Gdy ćwiczę, często czytam – książki, gazety, komiksy. Zawsze staram się mieć coś rozłożonego nieopodal klawiatury. Czasami wystarczy mi pomyśleć o jakimś imieniu – Brian czy Joe – żeby nabrać inspiracji”.

Jego twarz ożywa, gdy zaczyna wydobywać z siebie dźwięki. „Wayne” – mówi. „Wayne Wayne Wayne Wayne Wayne” – powtarza kilkakrotnie, aż imię straci sens i zamieni się po prostu w dźwięk. „Shorter Shorter Shorter Shorter” – leci dalej. Perez, wykrzywia brzmienie nazwiska, wybija rytm uderzając otwartymi dłońmi o uda. Brzmi super. Jest potencjał. „To zabawne – wszystko, czego nigdy nie włączyłbym do moich codziennych ćwiczeń, dziś jest ich wielką częścią” – roześmiał się śmiechem równie zaraźliwym i szczerym, co jego mistrz. Wychodząc, minąłem się jeszcze z Brianem Balde’em, który powiedział mi, że „była naprawdę niesamowita energia”. Banda szaleńców.

***

„Nic nigdy nie umiera, śmierć to tylko koncept, nie istnieje naprawdę, rozumiesz?”. Rozumiem – odpowiadam, żeby nie wyjść na durnia. Ale wierzę mu, wie o czym mówi. Usłyszeć, że śmierci nie ma od człowieka, który najpierw stracił swoją 14-letnią córkę, później zmarł jego ukochany brat Alan a kilkanaście lat później Annę Marię, swoją żonę, która zginęła w katastrofie lotniczej, gdy lot TWA 800, którego była pasażerką, kilka minut po stracie z Nowego Jorku, eksplodował w powietrzu i runął do Atlantyku. Podczas jej pogrzebu, Wayne ogłosił wszystkim obecnym, że choć czuje koszmarny ból, będzie robił wszystko, by stać się lepszym człowiekiem. Ku pamięci swojej ukochanej żony.

„Tragedia sprawiła, że zwątpił w muzykę, rodzinę a nawet życie” – pisze w książce „Footprints: The Life and Work of Wayne Shorter” Michelle Mercer. Słuchając jego buddyjskiego opanowania i mądrości, aż trudno w to uwierzyć. „Śmierć tak naprawdę nie istnieje”. Krzepiące.

„Do zobaczenia w kinie – ty będziesz reżyserował i grał główną rolę. Ja mogę zaproponować jakąś ścieżkę dźwiękową” – powiedział na pożegnanie, zanosząc się swoim zaraźliwym śmiechem.

Odłożyłem słuchawkę, była 1.30. Chwilę się jeszcze potrzęsłem, siedząc samotnie w redakcji i wyszedłem na pustą ulicę Bracką.

Najsympatyczniejszy geniusz z jakim kiedykolwiek rozmawiałem.