Jen Shyu - artystka podróżująca rozmowy cześć 1

Autor: 
Urszula Nowak

Jen Shyu - artystka totalna. Multiinstrumentalistka, śpiewaczka, performerka, tancerka. Od lat skrupulatnie buduje własne muzyczne uniwersum. Czerpie z bogatej tradycji państw azjatyckich, eksploruje współczesna muzykę improwizowaną, angażując do udziału w swoich projektach najzdolniejszych współczesnych instrumentalistów, jak choćby Ambrose Akinmusire czy Mat Maneri. Niedawno ukazała się recenzowana na naszych łamach, pięciogwiazdkowa płyta Shyu "Sounds and Cries of the World". Dziś prezentujemy pierwszą część wywiadu z artystką. 

Czego poszukiwałaś w muzyce, zanim weszłaś w świat jazzu?

Prawdy, siebie samej oraz swojego miejsca we wszechświecie.

Pamietasz chwilę, gdy zdecydowałaś się improwizować?  Co było punktem zwrotnym

To była nie tyle decyzja, co potrzeba. Gdy rozpoczynałam swoją artystyczną ścieżkę, zmagałam się z problemem rasizmu w szkole. Jako jedna z niewielu ludzi o „innym” kolorze skóry, jako jedna z niewielu Azjatów, od przedszkola do liceum, zwracałam się w stronę tańca i aktywności muzycznych. Była to dla mnie strefa komfortu i ucieczka przed byciem wyśmiewaną. Sztuka uratowała moje życie, nauczyła zaufania. Szybko zrozumiałam z czym będę miała do czynienia w przyszłości: różnym stopniem rasizmu i seksizmu, tak w codziennym życiu, jak i w przemyśle muzycznym.

Wracając do improwizacji oraz tego, w jaki sposób życie doprowadziło mnie do tej drogi… Moi rodzice byli bardzo opiekuńczy i wspierający, zaszczepili we mnie dyscyplinę oraz etykę. Dorastałam w miłości do sztuki, dlatego praktykowanie jej nie było dla mnie nigdy przymusem. Może przygotowania do konkursów były odrobinę stresujące. Uczyłam się gry na wielu instrumentach, głównie na skrzypcach i fortepianie, zanim zaczęłam śpiewać. Pierwsze wspomnienie, jakie mam z improwizacją wiąże się z tańcem.  Od bardzo wczesnych lat występowałam w lokalnym zespole baletowym Nutcracker ballet, z którym wystawialiśmy sztuki w każde święta Bożego Narodzenia. Silna świadomość tego, jak bardzo kocham scenę przyszła do mnie w wieku dziesięciu, może jedenastu lat, gdy wcieliłam się w rolę Clary. Grałam, tańczyłam, a przede wszystkim żyłam moją fantazją, zakochana we wszystkich tancerzach, których znałam z telewizji (Baryshnikov, Leslie Brown, Natalia Marakova, Cynthia Harvey). Największą wolność przynosił mi taniec. Improwizowałam do swoich ulubionych nagrań, wcielając się w kolejne wymyślone przez siebie role. Dziwnie dobierałam ubrania, by tworzyły kostiumy, w których nie wyglądałam zbyt pięknie, ale dzięki temu czułam się tak, jak wyobrażałam sobie, że moje postaci powinny się czuć. Gdy rodziców nie było w domu oglądaliśmy z bratem MTV, zaczęłam tworzyć własne video-klipy, także do zachodniej muzyki klasycznej, która wypełniała większość mojego dzieciństwa. Pamiętam tworzenie całej historii do Koncertu Skrzypcowego Czajkowskiego, potem dopisałam do tego opowieść, która była wypadkową „Przeminęło z wiatrem” i „My Fair Lady”. Przez większość czasu improwizowałam w samotności, za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju. Nie chciałam, aby mi przeszkadzano.

Kiedy zaczęłaś improwizować z głosem?

Bardzo dokładnie to pamiętam. Śpiewałam w garażu, gdy nikogo nie było w domu, tolerując zapach benzyny, który sprawiał, że czułam mdłości, ale tylko tak mogłam wypróbować nowe dźwięki. Byłam wówczas zbyt nieśmiała, by improwizować z głosem przed ludźmi. Był to czas, gdy fascynowały mnie utwory musicalowe, teatralne i niektóre utwory znane mi z radia. Pamiętam, że śpiewałam „Unforgettable” Natalie Cole i tworzyłam scenariusze do tego utworu. Potem, od czasów szkoły średniej, aż do studiów na Stanford University byłam zapraszana do wspólnych wykonań z zespołami jazzowymi, i tym sposobem zaczęłam śpiewać utwory w kontekście jazzowym.

Czego nauczyłaś się w Stanford?

Gdy rozpoczęłam naukę na Stanford University, na rok pozostawiłam lekcje fortepianu, rozpoczynając niezwykle intensywną naukę śpiewu, pod okiem cudownej nauczycielki Jennifer Lane. Wkrótce zaczęłam kontrolować głos. Oddychanie, eksplorowanie dźwięków, kolor, technika – wszystko czego się od Niej uczyłam było czasochłonne i fascynujące. Czułam, że posiadam dwa głosy – mój naturalny i operowy. W czasie tych intensywnych treningów byłam nadal zapraszana do zespołów, tym razem dołączyłam do składu mojego przyjaciela perkusisty, sąsiada z akademika. Ubierałam cekinową suknię, odgrywając rolę zmysłowej wokalistki jazzowej w Café Nights w French House (klub studencki w Stanford – przyp. red.).

Po ukończeniu studiów, uczestniczyłam w Stanford Jazz Workshop, spędzając więcej czasu z instrumentalistami, niż z wokalistami. Zostałam zaproszona do zespołu starszego perkusisty mieszkającego w Sunnyvale. Śpiewaliśmy w klubach i restauracjach w obszarze zatoki San Francisco i San Pablo. Zgromadziłam pewien repertuar i zaczęłam śpiewać utwory scatem. W czasie warsztatów poznałam również Dafnis Prieto i Yosvany Terry, którzy zainspirowali mnie do wyjazdu na Kubę w 2001 r. W efekcie, dołączyłam później do salsa-bandu prowadzonego przez bębniarza Jimmy’ego Biala. Podróż na Kubę była moim pierwszym wyjazdem terenowym, zaczęłam postrzegać badania tego rodzaju, jako metodę kreatywnego otwarcia się na twórczość. Uczyłam się śpiewu, grałam salsę na fortepianie, poznawałam afro kubańskie tańce dzięki grupie folklorystycznej Ban Rarra. Widząc Barrio China (chińską dzielnicę w Hawanie) zainteresowałam się chińską diasporą na Kubie, a to znów zaowocowało kompozycją o chińskich robotnikach pracujących w tym kraju, ramię w ramię z afrykańskimi niewolnikami w 1800 r.

Wracałaś potem na Kubę?

Pojechałam tam znów w 2003 r. i dotarłam do Matanzas, gdzie po raz pierwszy zobaczyłam prawdziwy rytuał Santeria. To było w domu, do którego zostałam zabrana przez moją gospodynię - Dolores Perez, jedną z seniorek Grupo Afro Cuba. Formy tego rytuału, jakie widziałam wcześniej na ulicach Hawany, skierowane do turystów miały zupełnie inną energię.

Pomiędzy wyjazdami na Kubę śpiewałam w zespołach salsowych, jak również w innych grupach z członkami wspólnoty Asian Improv Community, o której jeszcze zapewne porozmawiamy.

Jaki jest Twój stosunek do własnych korzeni? Mam na myśli dziedzictwo krajów Twoich Rodziców: Tajwanu i Timoru Wschodniego.

Chwila, w której jako artystka stałam się świadoma własnych korzeni była największym punktem zwrotnym w moim życiu. W dwutysięcznym roku, zaraz po ukończeniu studiów w Stanford odnalazłam wielkich mentorów w osobach Francisa Wonga, Jona Janga, Hafeza Modirzadeha oraz Genny Lim, podobnie jak  stali się nimi dla mnie  Vijay Iyer i Miya Masaoka, których poznałam później. Oni również byli związani ze społecznością Asian Improv w Bay Area na początku ich karier, choć wtedy gdy się spotkaliśmy mieszkali już poza jej obszarem. Mentorzy kształtowali we mnie siłę od początku mojej kariery, aż do teraz. Między dwutysięcznym, a dwa tysiące drugim rokiem blisko współpracowałam z Lenorą Lee, Jimmy’m Biala, Johnem-Carlosem Perea, oraz Melody Takatą w interdyscyplinarnym i międzykulturowym kolektywie nazwanym Red Jade. Nasz wspólny proces tworzenia wpłynął na mnie głęboko. Mój obecny band nazwałam Jade Tongue na cześć tamtego składu. Anthony Brown, Michael Spiro oraz wszyscy członkowie bogatej i zróżnicowanej społeczności skupionej wokół Asian Improv  zachęcili mnie nie tylko do zbadania  korzeni, ale także do uważnego przypatrywania się swoim zainteresowaniom i odkryciom, które w tym czasie były mocno ukierunkowane na Kubę, jazz i muzykę eksperymentalną. Mój dzień pracy był całkowicie podporządkowany interesującym mnie obszarom muzyki, pracowałam w teatrze eksperymentalnym „Thick Description” prowadzonym przez innego absolwenta Uniwersytetu w Stanford Tony’ego Kelly’ego. Uczestniczyłam  również w produkcji i administrowaniu nową organizacją muzyczną „Other Minds” prowadzonej przez Charlesa Amirkhaniana. Nauczyłam się jak starać się o granty, poznałam wielu wspaniałych muzyków, min. Pauline Oliveros, Annea Lockwood, Ellen Fullman i Randy Weston. Randy przekonywał mnie do myślenia o swoich przodkach i o tym jak ważne jest, by pamiętać o nich w tworzonej przez siebie muzyce. Był moim wielkim mentorem przez te wszystkie lata.

Nurtuje mnie pytanie o osobę Steve’a Colemana na twojej drodze. Czy to właściwy moment, by o to zapytać?

Poznałam Steve’a Colemana w 2002 roku, a on pchnął mnie na wybraną ścieżkę jeszcze mocniej, pomagając przezwyciężyć obawy, które we mnie były. Coś mówiło mi, że powinnam pojechać do Tajwanu, by zbadać ludowe melodie obecne w mojej rodzinie od czterech pokoleń, które Ojciec podarował mi w postaci zapisu nutowego.  Czułam, że jestem zbyt daleko od źródła tej muzyki. Wszystko nabrało olbrzymiego tempa po spotkaniu Steve’a, który zapytał mnie: „Na co czekasz? Jutro możesz zostać potrącona przez autobus, co wtedy osiągniesz?”. To jego „popchnięcie” sprawiło, że porzuciłam pracę, wypowiedziałam umowę o najem mieszkania i pojechałam do Tajwanu, a następnie ponownie na Kubę, by wziąć udział w konferencji „Overseas Chinese” w Hawanie, gdzie dowiedziałam się więcej o chińskiej społeczności na Kubie. Wkrótce po tej podróży przeprowadziłam się do Nowego Jorku, zaczęłam śpiewać i nagrywać z zespołem Steve’a (Five Elements – przyp. red.), a wszystko to w przeciągu zaledwie kilku miesięcy. Może rok później, dołączyłam do zespołu Colemana, spróbowałam z kilkoma swoimi projektami, aż w końcu utworzyłam własny band - Jade Tongue, który jest ujściem dla moich własnych pomysłów, a takze możliwością współpracy z moimi ulubionymi improwizatorami i artystami naszej sceny.

Pytanie zadane przez Steve'a było zatem przełomem i początkiem Twoich niezwykle owocnych podróży.

Między 2003 a 2008 rokiem podróżowałam do Tajwanu regularnie, początkowo na własny koszt, a potem, w 2007 r. znalazłam organizację Asian Cultural Council (ACC), która pomogła mi sfinansować mój trzeci i czwarty wyjazd. Tym sposobem ACC wprowadziło mnie do grona setek artystów, którzy pracują bezpośrednio z muzyką swoich korzeni, ale w innowacyjny sposób. Mój świat poszerzył się, otworzył na zewnątrz, ale byłam również zdeterminowana by zgęłebiać świat moich przodków, począwszy od moich rodziców. Badanie terenowe muzyki tradycyjnej w Tajwanie, ziemi rodzinnej mojego ojca, poprzedzały eksplorowanie Chin, następnie Wschodniego Timoru - rodzinnych stron mojej matki. Czas spędzony w Timorze Wschodnim był objawieniem. Potem ciekawość zaprowadziła mnie do Indonezji, szczególnie do Kalimantan, Bali, Bandung, gdzie spędziłam dwa lata w ramach stypendium Fullbright, następnie była Korea, Vietnam, i to odkrywanie  trwa nadal. Rozwijam się, śledzę głosy nie tylko moich przodków, ale naszych przodków, mam na myśli wszystkie istoty ludzkie.