Tomasz Dąbrowski - czuję, że stoję na jakimś rozdrożu.

Autor: 
Maciej Karłowski
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Tomasz Dąbrowski - wiadomo kim jest. Mamy okazję słuchać go na żywo często podobnie jak i mieszkancy reszty EUropy. Znakomity trębacz, kompozytor, człowiek, który od lat stanowczo bierze sprawy swojej kariery w swoje ręce i robi to z wielkim powodzieniem. Ilekroć ukazuję się jego nowa płyta pojawia się ogromna pokusa umieszczenie jej w gronie wyjątkowych zdarzeń. Tak było i z jego najnowszym albumem "Six Months & Ten Drops" , tak teżjest z albumem "SOLO: 30 Birthday, 30 Concerts, 30 Cities". Z tej okazji, ale też i w wielu innych powodów udało nam się złapać Tomka na chwilę i porozmawiać. Oto efekt tej rozmowy.

 

Przekroczyłeś 30stke, co oznacza, że w obiegowym rozumieniu rzeczy przestałeś być muzykiem młodym. Jak się z tym czujesz?

Bardzo dobrze. Czas płynie, jestem coraz bardziej dojrzały i przez to ostrożniejszy w działaniach artystycznych. Dobrze ze przestałem być młodym. Określenie "obiecujący i młody" jest już dla mnie oklepane, a tak na marginesie ciekawe jakie teraz określenie się pojawi.

Pewnie teraz będziesz określany jako jeden z najciekawszy muzyków średniego pokolenia. Brzmi gorzej, ale etykietka jakaś jest J Powiedziałeś przed chwilą , że stałeś się ostrożniejszy w działaniach muzycznych. Co przez to rozumiesz i jak się ta ostrożność objawia?

Ostrożniejszy to może nie do końca odpowiednie słowo, jestem po prostu bardziej rozważny.

Na czym zatem ta rozwaga polega?

Na podejściu do mojego własnego grania, do kompozycji. Mam także coraz częściej wrażenie, że patrzę na muzykę wertykalnie, zamiast horyzontalnie. Mam tu na myśli zgłębianie konkretnych zagadnień muzycznych, a nie granie po prostu, dlatego, że umiem. Jestem w takiej chwili, że wiem o tym, że umiem i nie muszę sobie tego już udowadniać.

W tym momencie czuje jednak, że stoję na jakimś rozdrożu. Granie solo i nagrania płytowe pochłonęły bardzo dużo zarówno energii, jak i czasu. Teraz natomiast powoli pojawiają się pomysły co dalej.

 

Aż trudno uwierzyć w to, co mówisz. Nie sprawiałeś do tej pory człowieka, który musiał sobie udowadniać swoje umiejętności. To nowe wertykalne spojrzenie, to był proces czy zauważyłeś zmianę nagle?

Hehe, to moje własne obserwacje mojej osoby, jak to na zewnątrz wygląda przyznam nie  wiem. Ja zauważyłeś, jestem po 30-tce i mimo relatywnie młodego wieku, i w trakcie trasy solo która trwała ponad 7 miesięcy, zauważyłem iż stopniowo nabieram dystansu do siebie i tego co robię i widzę to jako coś bardzo pozytywnego. Odkryłem też, że w tym kontekście – recital solo, to dla mnie idealny punkt wyjścia.

Punkt wyjścia do czego? Znowu odwołam się do stereotypu, recital solo zazwyczaj postrzegany bywa jako punkt wieńczący coś, a nie miejsce startu do czegoś.

Granie solo na instrumencie melodycznym, eksplorowanie możliwości instrumentu i mojego umysłu przy użyciu jak najmniejszej ilości informacji - materiału muzycznego, czy to melodii, tekstury, czy też dynamiki i rytmu. Improwizacja w kontekście całego koncertu, staje się wtedy elementem historii opowiadanej, a nie próbą odpowiedzi nią sobie czy potrafię zagrać solo.

Zauważyłeś to w trakcie swojej wielkiej koncertowej tury 30 solowych koncertów na 30 urodziny w 30 miastach?

Tak. Ciekawie te trasę nazwałeś

Która cześć tej nazwy wydaje ci się ciekawa? J

Słowo wielka. Tak, zauważyłem to w trakcie trasy solo, wówczas też pojawiła się odpowiedź na pytanie jak uciągnąć 45- 60 minutowy koncert, będąc mną. J

Co masz na myśli? Chcesz powiedzieć, że nie znajdywałeś w sobie wcześniej takiej możliwości, aby zbudować godziną historię i opowiedzieć ją słuchaczom?

Było to możliwe i miałem takie koncerty nawet jeszcze przed trasą solo. Dopiero na trasie jednak oswoiłem się z graniem samemu na scenie, na tyle, że wyzbyłem się obaw. To ważny moment, bo w miejsce obawy pojawiło się skupienie na opowiadanej historii i na narracji

Można więc powiedzieć, że ta 30 koncertowa trasa solo była czymś wyjątkowym nie tylko ze względu na formułę, ale także jako sposób odnajdywania siebie.  A czym jest formacja Free4Arts?

Tak, to absolutnie najbardziej znaczące przedsięwzięcie w mojej karierze jako artysty i chciałbym też w tym miejscu dodać, że projekt solo jest już nagrany. Odbyły się 3 sesje nagraniowe w przestrzeniach o zróżnicowanej akustyce, chciałem przekonać się jak muzyka zabrzmi w zależności od pomieszczenia. Przy nagraniach towarzyszył mi John Fomsgaard – wyjątkowy realizator, oraz Kristoffer Juel Poulsen – kamerzysta. Materiał, który ujrzy światło dzienne został nagrany w kościele protestanckim w Kopenhadze. Muzyka i nagranie video, do tego krótki dokument o całej trasie „30 urodziny / 30 miast / 30 kocertów” o powstaniu płyty.

Natomiast  Free4arts jest moim najnowszym zespołem, do którego zaprosiłem kilku w moich ulubionych muzyków. Muzyka grana przez ten zespół, moje kompozycje, to nowy rozdział w moim pisaniu, Mam wrażenie, że to bardzo skupione, spójne i pozbawione pretensjonalności kompozycje. Jest tu też najwięcej melodii.

 

Z jakich powodów są to Twoi ulubieni muzycy?

Z wielu powodów. Przede wszystkim dojrzałość artystyczna, która cechuje każdego z muzyków z Free4Arts, poza tym wspólne ogarnie sprawdzone w wielu formacjach. No i oczywiście zbliżony gust muzyczny. To dlatego ten zespół brzmi w mojej opinii tak klarownie. Ująłbym to w ten sposób, że w tym bandzie w centrum jest muzyka, a nie ego któregokolwiek z muzyków. To też element mojego dojrzewania, wyzbycie się ego i prób kontrolowania muzyki.

Steve Lacy powiedział kiedyś graj to czego nie znasz, to znacznie ciekawsze – mówisz, że wyzbyłeś się prób kontrolowania muzyki. Czy muzyka Free4arts jest dla Ciebie takim zaskoczeniem?

Tak, zgadzam się z tymi słowami. Jasne, że gramy kompozycje, ale na tyle jasno napisane, że instrukcje co do  kierunku nie ograniczają kreatywności muzyków, a wyznaczają nowe kierunki.

No właśnie, jak postrzegałeś kiedyś, a jak postrzegasz teraz, relacje pomiędzy tym co skomponowane a tym co oddane swobodzie improwizatorskiej kreacji?

Od kiedy zacząłem komponować, bardzo zależało mi na tym by improwizacje były częścią kompozycji. Na własne potrzeby nazywam to ukierunkowaną improwizacją. Z upływem czasu mam wrażenie, że jestem coraz lepszy w przelewaniu na papier bardzo konkretnych instrukcji. I tak sobie myślę, że w ogóle cechą dobrego bandleadera jest świadomość ile trzeba powiedzieć muzykom gdy przynosi się im nowy utwór. Cel jednak, od pierwszej płyty był ten sam - by improwizacja była integralną częścią kompozycji.

 

Ile trzeba wyjaśniać w Twoim zespole?

Z free4arts prawie nic, wszystko jest jasno nakreślone, i praca polega na realizowaniu tego co zapisane, mieszczenie się w formie. Oczywiście w sytuacji koncertu często odpływamy czasami w zupełnie inne strony.

Czyli co udało Ci się zbudować na dziś idealne dla siebie medium, pozwalające na wszystko, czego Twoja dusza zapragnie?

Na ten moment to rzeczywiście idealny zespół dla mnie. Niezależnie czy z Jacobem Anderskovem na fortepianie czy z Simonem Krebsem na gitarze. Co oczywiście nie zmienia faktu, że jeszcze w tym roku, chce wrócić z Tom Trio.

A to bardzo dobra wiadomość, bo też i Tom Trio to zespół, który szkoda byłoby, gdyby miał ze sceny zniknąć. Wspomniałeś o Simonie Krebsie. Do nagrania płyty „Six Months & Ten Drops zaprosiłeś jednak tylko pianistę

Tak, gitarzysta pojawił się w zastępstwie, gdy Jacob miał akurat inne zobowiązania koncertowe. Simon jest wyśmienitym gitarzystą, ale również organista. Duża część partii fortepianu jest zapisana, a chodziło mi o to, by zachować charakter kompozycji. Simon sam też nalegał, że  będzie grał z fortepianówek. I tak przy pomocy kilku pedałów gitarowych i starannie dobranych brzmień, udało się stworzyć nowe brzmienie zespołu.

 

Na to żeby doświadczyć tego, będzie trzeba poczekać jednak na wasze koncerty z Simonem, są jakieś w planie?

Są, ale w oryginalnym składzie z Jacobem Anderskovem.

Czyli wierzę Ci na słowo,. J A właśnie możesz zdradzić kiedy przyjedziesz do Polski z Free4Arts?

W listopadzie, ale w tym momencie poproszę śledzić moją stronę internetowa. Będą tam wszystkie informacje. Póki co nie wszystko jeszcze dokładnie ustalone.

Wróćmy do Tom Trio, jaką pozycję teraz będzie miał ten band, w kontekście nowej formacji?

Gramy od trasy do trasy, pod tym względem niczym się ten zespół nie różni, jako że dobrałem sobie muzyków bardzo zajętych. W takiej sytuacji nie sposób prowadzić zespołu w reżimie regularnych prob. Tak wiec pozostaje praca przy organizowaniu tras i poszukiwanie pretekstów do spotkań w formie tras czy pojedynczych koncertów.

A mógłbyś opowiedzieć o pracy nad „Chapters”, kolejnej bardzo dobrej i bardzo dobrze przyjętej skądinąd płyty?

Bartek zgłosił się do mnie z propozycją by zagrać duet. Bardzo miło mnie to zaskoczyło. Kiedy doszło już do spotkania to muzyka była od pierwszej chwili. Bartek ma bardzo jasny obraz swojej muzyki i ja niezmiernie to doceniam, i co tu kryć lubię w taki sposób pracować - mając do dyspozycji konkretne ramy kompozycyjne. Było to inspirujące spotkanie dla mnie jako kompozytora przede wszystkim.

Co było tak szczególnie inspirującego?

Brzmienie Bartka na bębnach, to po pierwsze, ale także sposób używania tekstur i brzmień. Poza tym świetne kompozycje i sposób orkiestracji brzmień pozwalający słuchać tej płyty, jako propozycji kompletnego zespołu, nie duetu bez basu J

 

A jakie drogi zawiodły Cię do Folk Five Irka Wojtczaka? To w moim odczuciu ważny na polskiej scenie zespół i co szczególnie ważne, powstał nie jako projekt specjalny, ale jako wynik wielkiej fascynacji Irka polską muzyką ludową.

Historia sięga warsztatów SIM w Sopocie w Zatoce Sztuki. Parę lat temu, tam zagrałem z Irkiem, poznałem z Tyshawnem Soreyem. Z Irkiem to taka historia, że na warsztatach był wtedy Ravi Coltrane. Wieczorne jam session jakoś podupadało i wówczas ja z Irkiem zagraliśmy duet. Niby nic wielkiego, ale pamiętam że od razu muzyczna osobowość Irka mnie zachwyciła. Po zejściu ze sceny Ravi powiedział Irkowi, że było to dobre.

Śmiejemy się dzisiaj z tej historii, ale od tamtego czasu ilekroć się spotykaliśmy pomysł zagrania wspólnego wracał. Wreszcie nadarzyła się okazja przy polskiej edycji Folk Five, gdzie oprócz Irka mam przyjemność grać z Piotrem Manią, Adamem Żuchowskim i genialnym Kuba Staruszkiewiczem. Fascynacja Irka muzyką ludową to dłuższy temat, efekt badań które przeprowadził. ta muzyka choć mało mi znana to bliska sercu i duszy .

 

Zastanawiałeś się skąd ta bliskość?

Skąd? Nie wiem, ale czuję pod skórą coś, czego nie daje Ci żaden inny rodzaj muzyki. Gdy gramy "4 mile za Warszawą" to ciarki mam na plecach za każdym razem. Nawet  grając sam temat. Myślę też, że znaczny wpływ na mój odbiór tej muzyki ma sam Irek. Swoją postawą, bezbronnością, ale i jednocześnie zaciętością oraz sposobem, w jaki prowadzi zespół, sprawia że cokolwiek by się nie działo, to za każdym z kolegów pójdę na scenie jak w ogień.

Tak, jest w Irku nie tylko muzyku, ale też jako człowieku, ten rodzaj siły, któremu trudno się oprzeć.

Dokładnie tak, siła i mądrość

To kluczowe sprawy dla każdego twórcy. W twojej sztuce też to słychać. Jako, że jesteś już od niedawna muzykiem średniego pokolenia, to na sam koniec rozmowy powiedz mi czego życzyć ci na nowej drodze życia muzycznego?

Kreatywności nieprzerwanej i uporu, a wszystkie inne sprawy? Myślę że się ziszczą się przy odrobinie szczęścia...

Zatem i tej odrobiny szczęścia ci życzę i do zobaczenia na koncertach?