Henry Threadgill - wywiadu część II

Autor: 
Anna Początek, Krzysztof Machowina
Autor zdjęcia: 
Krzysztof Machowina

Mówiłeś o pewnym kluczu w muzyce, na przykładzie Mozarta, że są sposoby na rozpracowanie pewnych idei. Czy są jakieś osoby, wydarzenia, które są Twoimi kluczami, które otworzyły przed Tobą nieznane wcześniej drzwi, za którymi jest Twoja droga?

Większość ludzi na Zachodzie ma teraz bardzo mały zakres uwagi [attention span – to jest czas, koncentracji, czas, w którym coś budzi nasze zainteresowanie, skupia naszą uwagę]. To jest część naszego świata. Nie mogą skupić się dłużej na niczym, a powodem tego jest technika. Dlatego nie można od ludzi oczekiwać, że jeśli coś się im pokazuje, to oni będą w wygodnie siedzieć i to oglądać przez długi czas. Dlatego muszę dostosowywać się odpowiednio do takiej publiczności. Nie gram bezpośrednio do nich, gram niejako nad nimi, bo biorę pod uwagę to, jaka jest publika, żeby sprawdzić, jak zareagują. Nie zawsze mogę grać coś, co byłoby dla nich za trudne, bo oni są ofiarami swoich nawyków.

W 1984 roku pierwszy raz grałem w Indiach, na festiwalu, na którym występowali muzycy ze Stanów, z Europy i z Japonii. Festiwal zaczął się około 15.00. Ja i wszyscy Zachodni muzycy graliśmy do północy. Od północy grali muzycy hinduscy. Jeden ze śpiewaków występował sam przez cztery godziny. Przez cztery godziny śpiewał! Cóż, ludzie Zachodu by tego nie wytrzymali, nie potrafią stać w miejscu. Tam widownia siedziała od trzeciej po południu do następnego ranka. My graliśmy jakieś 45 minut, do godziny. A po północy do rana grały tylko trzy zespoły – każdy z nich grał po trzy, cztery godziny. Dlatego żaden z hinduskich wykonawców nie grał w tamtym czasie w Stanach ani w Europie. Tylko kilku popularnych, jak Ravi Shankar. Ale to niekoniecznie byli najwięksi. Ci by nie wyszli u nas na scenę, bo Zachód chce ich wcisnąć w swojej zasady, reguły związków zawodowych, zasady rynkowe. Oni nie zgodziliby się występować tylko przez godzinę. Nie przyjechaliby tutaj po to.

Oczywiście, tradycja muzyczna Indii jest zupełnie inna od naszej. Odegranie całej ragi zabiera określoną ilość czasu, którego nie da się skrócić.

Dokładnie. Dlatego Hindusi nie chcą słuchać o naszych zasadach, dlatego nie przyjeżdżają. Bo nie mogą zmienić tego jak grają, a grają muzykę do momentu, w którym ona się kończy. Tak to działa. Dlatego tutaj nie słyszeliśmy nigdy wielkiej muzyki świata Wschodu. Ja mieszkałem w Indiach przez 17 lat. Zresztą, słuchałem muzyki w wielu miejscach na świecie – wszędzie tam gra się dłużej. W naszym, zachodnim świecie wszystko staje się coraz krótsze. Dotyczy to wszystkiego – wszystko chcemy skracać i zmniejszać. Naciskam przycisk i dostaję moje jedzenie. Bum! Jak szybko dostanę z powrotem moje ubrania z pralni? – Za 15 minut. Bum! Szybko, szybko, szybko.

Na pewnym poziomie to jest okey. Ale w jaki sposób wpływa to na ludzki umysł? W jaki sposób dotyka umysłów młodych ludzi? Czy wiesz, jakiego rodzaju trzeba być osobą, żeby zostać naukowcem? Żeby siedzieć i rozmyślać: jak dostać się na Marsa albo jak stworzyć lek na raka? Musisz umieć siedzieć tak jak ja. Jak kompozytor. Czas musi być otwarty. Nie da się nic zrobić szybko, nic nie wyskoczy jak za naciśnięciem guzika. Trzeba uciec z tego świata. Następstwo tego jest takie, że Azjaci, młodzi ludzie, są najlepsi na świecie w dziedzinie matematyki, bo mają klucz. To jest odpowiednie podejście. Chińczycy, Hindusi. Potrafią siedzieć przez długi czas i patrzeć na rzeczy przez długi czas. My, Europejczycy i Amerykanie, wszystko dzielimy na paczki.

Na przykład płyta CD. Kto kupi płytę CD trwającą więcej niż dwie godziny?

Właśnie. Jak jadę do Indii gram inaczej niż tutaj. Inaczej traktuję czas. Tutaj są te paczki: wchodzisz na scenę o określonej porze, schodzisz o określonej porze. Reguły, reguły. Tu jest strasznie dużo reguł dotyczących prezentacji sztuki. Za czasów Szekspira nie było tych reguł. Ludzie wychodzili na scenę i grali długie przedstawienia. Pomyśl, jak trudno było zebrać widownię do oglądania tych spektakli, które mogły trwać godzinami. Trzeba było mieć cierpliwość, by to oglądać. My nie mamy cierpliwości… do rzeczy innych niż sport. Cywilizacja Zachodnia ma cierpliwość tylko do sportu. Ludzie mogą godzinami siedzieć i czekać na mecz futbolu czy koszykówki.

Tak sądzisz?

Tak. I w dodatku potrafią o to walczyć. Ludzie nie będą bić się o muzykę (śmiech).

Nie ma w Stanach żadnego takiego miejsca, jakiegoś festiwalu, gdzie mógłbyś tworzyć taką muzykę uwolnioną od ram czasowych? Nie ma żadnej grupy, choćby dwustu ludzi, która organizowałaby takie wydarzenia artystyczne, trwające sześć, siedem godzin.

Nie, nie. Ale nie martwię się tym, tyle że muszę mieć tego świadomość. We wszystkich miejscach, w których gram, ludzie sprzedają różne rzeczy, jedzenie, alkohol itp. Jest duży hałas. W takim otoczeniu mogę grać tylko określoną muzykę… muszę wybadać miejsce i sprawdzić, co mogę tam zagrać.

Gdy ludzie przychodzą na mój występ, chciałbym, żeby usiedli i słuchali tego, co gram. Muzyka służy wielu rzeczom. Jest muzyka do zabawy, na pogrzeb, na urodziny, na parady, jest muzyka dla dzieci –  do skakania. Muzyka jest funkcjonalna. Moja muzyka jest do słuchania. Nie jest do zabawy i nie nadaje się na przywitanie nowonarodzonego członka rodziny. Nie jest podkładem dla perorujących polityków. Muzyka jest funkcjonalna i z reguły ludzie to wiedzą. Moja muzyka ma przynosić rozwój duchowy, emocjonalny, psychologiczny. Jest duchowa.

Z tej perspektywy jestem trochę zrobiona przez Ciebie.

(uśmiech) Wiesz, ja bardzo lubię na przykład Beyoncé. Bo powtórzę, muzyka jest funkcjonalna i ja na tej podstawie ją rozróżniam. Lubię posłuchać dobrej muzyki na paradzie. Jak gra band na meczu futbolu – chętnie go posłucham. Muzyka do tańca. Każdy z tych rodzajów muzyki jest specyficzny. Nie ma sensu porównywać mnie z Beyoncé, bo robimy różną muzykę, z zupełnie innych powodów.

A czy Ty przede wszystkim robisz muzykę dla ludzi, czy dla siebie?

Ja tworzę muzykę dla ludzi. To jest jedyny powód. Tym się zajmuję. Oczywiście to moje podejście, nie wiem, jakie mają inni. Nie ma tu sztuki dla sztuki i nie robię sztuki dla siebie. Moja muzyka jest tylko dla ludzi. Tym się zajmuję.

Czy było tak zawsze?

Tak.

Od samego początku?

Tak, zawsze tworzyłem muzykę dla ludzi. Od czasów AIR. Grałem wiele rodzajów muzyki, w wielu składach.

Czyli w ten sposób dzielisz się tym, co masz, co wiesz?

Tak. To wszystko robię dla ludzi. Dla ich ducha, emocji, stanów psychicznych. Jest dla ich duchowości. Nie dla innych celów. Wielu dziennikarzy tego nie rozumie, nie wiedzą, po co robię muzykę. Piszą relację z koncertu, opisują, co sami sądzą, ale nie pytają ludzi, co o tym myślą. To się nigdy nie zdarza. Piszą tylko o swoich wrażeniach, a przecież to jest relacja tylko jednej osoby. I co więcej, nie analizują tego, co słyszą.

Nam w Jazzarium zdarza się pytać innych słuchaczy, co sądzą.  

Cóż, widownia nie jest od tego, by analizować to, co robię. Publiczność po prostu odbiera to, co robię. Niektórzy wychodzą. I dobrze. To działa też w taki sposób. Może potrzebowali wstać i wyjść. Może niekoniecznie przez muzykę. Może coś w ich życiu powoduje, że muszą wstać i wyjść (śmiech). Nie chodzi tylko o to, że muzyka się pojawia. Chodzi o to, jaki wpływ wywiera na konkretną osobę. Ludzie mówią: Komuś się nie spodobało i wyszedł. A ja na to: Nie. To jest reakcja. Muzyka coś zrobiła, ale muzyka nie jest końcem. To jest tylko impuls. Muzyka nie jest końcem, jest początkiem czegoś. Można trafić na kogoś, kto od dawna czegoś pragnął, chciał coś zrobić, ale nie miał odwagi. Na przykład mówił sobie: nie będę obżerać się chipsami (śmiech).

Ludzie nie potrafią tego interpretować, że ktoś wychodzi z koncertu. Co złego jest w tym, że ludzie wstają i wychodzą? Nie mogą tego znieść. Dokładnie. Jest w ich życiu coś, czego nie mogą znieść. O to właśnie chodzi. I może dzięki takiemu wyjściu poradzą sobie z tym. Może to właśnie pomoże im to coś naprawić: postawi ich w sytuacji, w której będą musieli zmierzyć się z problemem.

Inną sprawą jest to, że gdy robię muzykę, to nie oczekuję, że wszyscy znajdą w niej coś dla siebie, czy że będą ją lubili. Nie wszyscy. Ta muzyka jest dla niewielu ludzi i ja nie wiem, kim oni są. Tylko oni to wiedzą. A ja nie staram się przyciągać ludzi. Jedyne, co robię, to granie dla ludzi, którzy przyjdą mnie posłuchać i wyciągnąć z mojej muzyki, co tylko mogą. Ja nie staram się ich do tego zachęcać. To nie jest moje zadanie. Ja doskonale wiem, co mam do zrobienia w życiu. I to robię: tworzę duchową muzykę dla ludzkości, dla ludzi na całym świecie. Dla mnie nie ma granic. Ja nie jestem obywatelem USA ani Europy, jestem obywatelem świata [Threagdill wzburzył się, zaczął podkreślać moc słów uderzeniami ręki w stół. To był moment, kiedy w jego oczach pojawiła się pewna kategoryczność, która, przyznam, wywołała we mnie pewien niepokój J]. Nie jestem obywatelem czarnych, obywatelem jakiejś idei, nie. Jestem obywatelem świata, Ziemi. Obywatelem najwyższego rodzaju. Taki obywatel jest ponad podziałami ludzkości, należy do Ziemi. Nie do jakiegoś państwa ani religii – państwo to najmniejsza część ludzkości. Przy tym stoliku może usiąść każdy: Polak, katolik, żyd, buddysta, niski, grubas, nieważne. Ludzie muszą od takich podziałów uciec. Tu jest problem. Muzyka, którą tworzę, pokazuje, że jest pewien rodzaj przynależności do ludzkości, który jest wyższego rodzaju i należy do Ziemi. Jest ponad wszystkimi, wszystkimi podziałami: nie ma granic państwowych, religii. Nie ma też znaczenia pokrewieństwo, czy ktoś jest matką, czy kuzynem, bo to też może stanowić problem. Bo oni wszyscy chcą, żebyś był jakiś dla nich: Chcę, by mój syn poznał miłą żydówkę albo chcę, żeby był księdzem, albo żeby karzeł poślubił karlicę.

Stąd jest nazwa zespołu? Zooid? To, że każdy jest częścią wielkiego systemu biologicznego, jednego organizmu?

Tak, tak.

To w jakimś sensie pasuje do tej muzyki.

Właśnie dlatego gram w różnych miejscach na świecie, żeby czasem pomóc ludziom uciec z tego wąskiego świata, w którym żyją. Bo ludzie myślą tak: muszę tutaj zostać i walczyć z innymi ludźmi, bo należę do mojej grupy. A to nie prawda. Należysz do świata. To jest przypadek, że rodzimy się w takim, a nie innym miejscu. Twoi rodzice mogą być z cholernej Alaski. Albo możesz być z Ekwadoru.

Albo z Północnej Korei…

Zewsząd. Każdy należy do Ziemi. A dzielimy je na małe obszary. Polska przecież sąsiaduje z siedmioma państwami! Wiesz, co to może tobie zrobić? Może cię bardzo odizolować. I jest po temu powód, a jest on bardzo mały – przeświadczenie, że coś posiadamy. Naprawdę? Gdzie to jest napisane na kamieniu? Gdzie na niebie jest napisane, że ktoś coś posiada? Ludzie mówią: Moja rodzina jest tu od wieków. Co z tego? Jest tak tylko dlatego, że się nie przemieszczała (śmiech).

Ja też nie rozumiem pędu do posiadania rzeczy. Chyba to daje ludziom poczucie bezpieczeństwa i w jakimś sensie zastępuje myślenie.

A ludzie się o to zabijają. Za tereny. Dlatego gram muzykę dla ducha. Mam nadzieję, że moja muzyka pomoże powstrzymać ludzi od bycia tak głupimi. Nie gram muzyki, która byłaby związana z niskimi rzeczami. Jest zupełnie niezaangażowana. Bo życie jest jak plac zabaw. A śmierć jest tylko śmiercią. Kości to tylko kości (śmieje się). Czy to są kości katolika? A może wegetarianina? Nie, to są tylko kości.

To wszystko ma związek z rodzajem muzyki, którą gram, i jej celu, w opozycji do muzyki, która sprawia, że chcesz tańczyć lub zrobić coś innego. Sądzę, że muzyka jest dla ludzkości, że powinna  coś dawać ludziom. Rozrywka jest pewnego rodzaju tego wyrazem, ale jak nie zabawiam ludzi. Możesz czuć się rozbawiany, gdy mnie słuchasz, ale ja robię coś zupełnie innego. Nie mam nic przeciwko rozrywce, ale to – znów – jest kwestia funkcji. Ludzie starają się mnie zniechęcić: Nie zarabiasz tyle, ile ktoś. Wiem. Nie muszę. Robię to, co robię, od dawna i mam dobre życie, moje dzieci mają się dobrze. Nie mam tylu pieniędzy, co Sting. I co z tego? On nie musi robić tego, co ja robię. To muszę robić ja. Nie wiem, co on musi robić, ale ja robię to, co muszę.

Czy znasz ludzi, którzy tworzą taką sztukę, jak ty? Dla ludzkości. I jakich artystów szanujesz?

Nie ma nic złego w tym, że zarabiasz pieniądze.

Nie to miałam na myśli. Raczej chodzi mi o twórców, którzy myślą podobnie jak Ty. Cecil Taylor?

Tak, on robi sztukę. Jest wspaniałym żywym przykładem kogoś, kto w nieprawdopodobny sposób od bardzo dawna robi to, co ma do zrobienia i nie chodzi na kompromisy. Mimo tego, że ludzie zniechęcali go latami. Teraz go akceptują, ale ile on ma teraz lat? Pomyśl tylko, co było, gdy miał 20 lat, 20, i 40 i 45 lat? Wszyscy ludzie dookoła wciąż go zniechęcali. A on robił wciąż to, co miał robić. Tylko dlatego, że musiał. Bo ktoś go tutaj umieścił po to, żeby to robił. Wiele osób znajduje cel swojego życia – i on znalazł. I zrobił wiele dla ludzkości. Osoba, która czyści ulice, czyści ulice po to, żeby były czyste. Ludzie, którzy dostają pieniądze za czyszczenie ulic, nie czyszczą ich, ulice są brudne. Ale oni dostają zapłatę. Osoba, która naprawdę czyści ulice, to taka osoba, jak ja. Ludzie mówią: O, to tylko śmieciarz. Nie. On jest tak samo ważny, jak wszyscy. A on znalazł swoje miejsce i robi wszystko na sto procent. I nie chodzi tu o nagrodę. Nagrodą jest sama praca. To, że możesz robić to, do czego jesteś przeznaczony. Nie, że będziesz mieć duży dom z ogródkiem, a ludzie będą cię kochać. Nie. Nagrodą jest to, że znalazłaś coś, co powinnaś robić. To jest podarunek, prezent.

Gdy zaczynałem grać muzykę, chciałem grać tak dobrze, jak ci, których podziwiałem. Nie miałem w głowie czołówek list przebojów, pieniędzy, nie. Jak jesteś dzieckiem, chcesz robić rzeczy. Nie myślisz: chcę mieć to, chcę mieć tamto. Takie myślenie pojawia się później: chcę, potrzebuję tego, muszę mieć to. Dziecko chce tylko robić. I to jest stan czystości. Prawdziwy. Chcę łowić ryby tak dobrze, jak ci wędkarze. A nie: chcę mieć wielką łódź, żeby dobrze łowić, ani: dzięki temu, że jestem świetnym wędkarzem poślubię córkę ważnego gościa. Nie. Jak zaczynasz myśleć o czymś w sposób, w jaki robi to dziecko, wtedy osiągasz zupełną czystość, nieskazitelność. I nieważne, że słyszysz: O, nie dali ci nagrody! Nie widziałam cię w zestawieniu krytyków! Nie byłeś w wiadomościach… Nie, nie byłem (uśmiecha się). Niektórych to dotyka, ale oni nie rozumieją, że gdy dowiesz się, co masz robić, to masz już swoją nagrodę. Wszystko, co potem może się przydarzyć, to tylko lukier na torcie.

No dobrze, ale na pewno napotkałeś w swoim życiu wiele pokus.

Nie martwię się tym.

To chyba bardzo wcześnie odnalazłeś swoją drogę?

Tak. Wcześnie wiedziałem, co będę robić. Oczywiście, kiedyś nie było to tak łatwe, jak jest teraz. Teraz już mi nie zależy (uśmiecha się). Jak jesteś młody, to przejmujesz się rzeczami: Czy zdołam to zrobić? Czy będzie mnie stać, żeby zapłacić rachunek, czy wyłączą mi telefon? Ojej, jak nie będę mieć na to pieniędzy, to żona mnie zostawi! To jest piękne w młodości, że się przejmujesz, przejmujesz się samym robieniem. Ja robię to, co robię, już tak długo, że wiem, że nie mam się czym martwić. Jak jesteś młody masz więcej czasu, ale ja już jestem po tym czasie. Wytrzymałem, więc naprawdę nie mam powodów do zmartwienia. Przejmowanie się jest naturalne na pierwszym etapie życia, kiedy jeszcze nie wiesz, co będzie dalej, nie rozumiesz tego. Jak jesteś młodym bezdomnym, to się tym bardzo przejmujesz, ale po piętnastu latach już nie. Ktoś mówi: Odbuduję ci dom. A ty na to: Nie zależy mi. Trzeba po prostu robić to, co ma się do zrobienia. Bo rzeczy same się ułożą. Nie wiem, jak to brzmi…

Rozumiem, rozumiem.

Jak robisz coś, co potrafisz, możesz przysłużyć się ludzkości. Możesz wnieść swój wkład. Gdy już to zrobisz, możesz przestać się przejmować. I ty to zrobisz. Każdy to robi. Nikt o tym nie pisze książek, ale każdy to robi. Każdy wnosi swój wkład dla ludzkości. Wiem o tym. Nikt tego nie dokumentuje, ale ja to wiem i ludzie podobni do mnie też. Nikt nie pisze o ludziach, którzy czyszczą ulice. Jeżeli robisz coś tak dobrze, wtedy robisz coś dla ludzkości. Nie możesz zobaczyć rezultatów. Ale samo robienie jest pozytywne.

Opowiem Ci pewną historię o chłopcu, który mieszkał koło mnie, gdy żyłem w Indiach. Matka zapisała go do szkoły, która była daleko. Codziennie rano wstawał koło piątej, gdy było jeszcze ciemno. Musiał najpierw wyprowadzić krowy, co zabierało mu jakieś trzy godziny, a potem szedł do szkoły. Chłopiec miał osiem albo dziewięć lat. Po powrocie ze szkoły czekało na niego jeszcze więcej pracy, trzeba było zaopiekować się polem itp. Mój dom stał przy głównej drodze. W połowie tej drogi stała jedyna w wiosce latarnia. W nocy siadywałem na ganku. Koło godziny 22, 23 widziałem tego chłopca, jak wychodzi ze swojego domu, siada na ziemi przy tym świetlne i czyta. Dziecko. Noc. To było wysoko w górach – a są tam węże, wszystko mogło z tej nocy wyleźć: dzikie małpy, bawół, nawet tygrys. On nawet nie widział tych zwierząt, które mogły tam podchodzić. Trochę się o niego martwiłem, bo on siedział tam sam z książkami. Był zdeterminowany. W tych książkach odnalazł siebie i wiedział, że dzięki nim pewnego dnia ucieknie do innego świata. Rozmawiam czasem z jego ciotką przez telefon. I od niej słuchałem, jak najpierw ukończył liceum, potem studia, a teraz jest lekarzem. Osiem, dziewięć lat. Piąta rano. Robota w polu. Szkoła. Zmywanie po obiedzie. Kąpiel. Godzina 22, 23 – książki. I siedział tam sam przez trzy, cztery godziny. Widziałem to każdej nocy. Nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Tak pracować! Pracował osiem godzin i jeszcze chodził do szkoły. Lubię o nim słuchać od jego cioci. On też czasem się o mnie pyta, bo siedziałem tam na ganku, gdyż nie umiałem zostawić chłopaka samego. A teraz jest lekarzem. Obserwowałem to 17 lat. On wie, do czego jest przeznaczony.

Piękna historia.

Nieprawdopodobna. Nie znam żadnego dziecka, które zrobiłoby coś podobnego.

Czy myślisz, że kiedyś jeszcze pojedziesz do Indii?

Nie wiem, czy kiedyś tam wrócę. Na razie jestem w Nowym Jorku, teraz to jest moje miejsce. Nie mam już czasu na to, żeby się przemieszczać. Życie znowu się zmieniło. Zmiany są zawsze dobre. Dla mnie. Czasem nie wygląda na to, że zmiana jest dobra, ale potem najczęściej okazuje się, że tak. Zmiany są zawsze dla mnie dobre.

Staram się w ten sposób myśleć…

Czasem nie chcemy zmian, ale jest tak tylko dlatego, że nie wiemy, co ze sobą niosą. Stajemy się wygodni, myślimy lubię rzeczy takimi, jakimi są. Czy to jest okey?

W tym momencie Threagdill spogląda na fotografa Krzysztofa Machowinę, który od ponad godziny non stop robi mistrzowi zdjęcia.

Oj, zrobił już wystarczająco dużo zdjęć.

Dla niego nigdy nie jest wystarczająco :)

Zrobił za dużo.

Threadgill do Krzysia: Podejdź tu, powiem ci coś o fotografii. Czy słyszałeś kiedyś o wielkim fotografiku Jamesie Van Der Zee? Wielki czarny fotograf z Harlemu. Wszyscy wielcy fotograficy ze Stanów studiują jego prace. Wiesz, co musisz zrobić, żeby zrobić jedno zdjęcie? Widzisz, fotografowie robią teraz mnóstwo zdjęć. On uczył, jak czekać i zrobić jedno zdjęcie. Jak zabójca. Van Der Zee uczył, jak czekać na jeden właściwy moment. To, co mówiłem o byciu cierpliwym. Żeby czekać na ten moment, musisz wejść w określony stan umysłu, być w stanie gotowości. Jeżeli wejdziesz w ten stan, będziesz w stanie zrobić to zdjęcie. I to będzie jedyne, które zrobisz. Potem możesz potem oceniać je pod względem kompozycji itd. Ale jest to jedno zdjęcie. Ale nie dwa, piętnaście, dwadzieścia zdjęć. Jedno. Bo wszystko, co dostajemy, jest pojedyncze. Tak jak życie jest jedno. Nigdy nie dostajemy niczego podwójnie. Wydaje się, że tak jest, ale to nieprawda, zawsze dostajemy jedno. W życiu chodzi tylko o jedno. Byłem żonaty piętnaście razy, ale tylko jedno małżeństwo było udane (śmieje się). Mam dziesięcioro dzieci, ale tylko z jednego coś wyrosło. Zjadłem 10 misek płatków śniadaniowych, ale tylko jedna mi smakowała. Van Der Zee uczył, jaki powinien być stan twojego umysłu, kiedy nadejdzie ten moment, i jak masz wtedy postępować. Takich rzeczy już się już nie uczy. Technologia wygrała. Pah, pah, pah, pah! A trzeba myśleć tak, jak żołnierz – jak wybierzesz zły moment, będziesz martwy.

Tak samo jest z fotografią. Alfred Hitchock robił filmy w ten sposób. Nie przywiązywał dużej uwagi do scenariusza. Szukał momentu, zawsze. Mówił aktorom: zapomnijcie o scenariuszu – już realizujemy scenariusz, więc nie martwicie się o to. Przytrzymywał ich w momencie. Identycznie jest ze zdjęciami. Jak oglądasz ich dużo, to odrzucasz je po kolei i jesteś w stanie stwierdzić, które z nich jest tym jedynym zdjęciem. I wtedy możesz się zapytać, o moment, kiedy to zdjęcie robiłeś. Technologia stała się od nas potężniejsza, dlatego nie mamy cierpliwości. Robimy rzeczy, bo możemy, bo technologia nam na to pozwala.

Krzysiek: Bałem się czekać na ten moment, żeby go nie przegapić. Bo czekałem na Ciebie wiele lat. Musiałem zrobić to doskonałe zdjęcie. Gdybym go nie zrobił, to pewnie musiałbym czekać kolejne dziesięć lat na taką okazję.

Tam jest wiele pojedynczych zdjęć. Tak jak na okładce magazynu sportowego – są na nich zdjęcia sportowców w akcji. Fotograf wiedział, że musi złapać w ramkę tę jedną chwilę. Mógł strzelać na oślep, ale mógł też siedzieć i czekać. Na to jedno ujęcie. Van Der Zee uczył, jak obserwować bohatera zdjęcia i czekać. Jeżeli długo kogoś obserwujesz, jesteś w stanie przewidzieć jego kolejny ruch. Jeżeli cały czas pstrykasz, nie jesteś w stanie nic przewidzieć, bo jesteś zajęty łapaniem klatek. Trzeba obserwować. Ale Ty oczywiście możesz robić tyle zdjęć, ile Ci się podoba.

Krzyś: Dziękuję.

Pracowałem kiedyś tancerzem z baletu. Sala, w której pracował, miała kilkanaście metrów długości. On siedział na drugim końcu sali. Przygotowywał się do tańca. Powiedział do mnie: teraz jest godzina druga – chcę, żebyś o trzeciej siedział cały czas naprzeciwko mnie. Szedł do mnie przez godzinę. Był cały mokry od potu. Żeby zrobić jeden krok, musiał się skoncentrować. Każda część jego ciała musiała być skoncentrowana. Od koniuszków palców u stóp, po oczy, uszy. Musiał zlokalizować każdy mięsień, każdą kość, poczuć bicie serca i swój oddech. Dopiero wtedy był gotowy do wykonania kroku. I potem poruszał każdym paluszkiem po kolei, potem podnosił stopę, potem myślał o każdej następnej części nogi. I dlatego tak się spocił. Koncentracja na ruchu zabrała mu godzinę. Prawie przestał oddychać. Praca fizyczna i koncentracja spowalniają bieg rzeczy. To był jeden z najwspanialszych ludzi, z którymi kiedykolwiek pracowałem – Kim On Wong. Dzięki jego tańcowi nauczyłem się bardzo dużo o muzyce. Siedzieliśmy naprzeciw siebie, a potem powoli szedł, ale wcześniej przez 15 minut się przygotowywał, w zupełnym bezruchu. Tak samo jest z tym jednym zdjęciem. Trzeba spowolnić czas. Koncentracja to trudna praca.

Ojeju! Która to godzina? Już 14? No dobrze, czas na papierosa.

Z Henrym Threadgillem mieliśmy porozmawiać 10 minut, ale okazało się, że czas się rozciągnął na półtorej godziny.

Rozmowa miała miejsce w Warszawie, przed koncertem Zooid, 24 listopada 2011 roku.