Tom Waits@68 - Betoniarka pełna dźwięków

Autor: 
Jan Błaszczak
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

„Performer, magik, przewodnik duchowy” – zapowiadał go niegdyś Neil Young. Tom Waits od dekad wymyka się szufladkom i klasyfikacjom. Nie łudźcie się, że tym tutaj uda się nam go wreszcie przyszpilić.

„Piosenki to wspaniałe rzeczy, które można robić z powietrzem” – powiedział Tom Waits, odbierając statuetkę symbolizującą wprowadzenie do Rock & Roll Hall Of Fame. To tylko jedna z wielu genialnych myśli, którymi artysta zapełniłby nawet najgrubsze wydawnictwa w typie „Złote Myśli”. Ot, w sam raz na Mikołajki. Albo na dzień później, kiedy swe urodziny obchodzi największy artysta spośród tych operujących tembrem wibrującej betoniarki.

A przynajmniej tak mi się zdaje, bo większość faktów z życia Toma Waitsa owianych jest tajemnicą lub ginie gdzieś w zalewie anegdot, żartów i półprawd. Gdy dziennikarze zaczynają wypytywać go o życie prywatne i dzieciństwo, ten w najlepszym wypadku nie odpowiada, w gorszym sięga do swej niezgłębionej wyobraźni. Jednemu z niedoświadczonych rozmówców, który długo wypytywał o jego edukację muzyczną w najmłodszych latach, odpowiedział, że porzucił ją w momencie, kiedy jego siostra powiesiła się na strunie od pianina. Po długiej chwili milczenia dziennikarz zmienił jednak temat.

 

Równie trudno wyciągnąć z Waitsa jego muzyczne fascynacje. Wiadomo, że namiętnie słucha country, a za swoje największe artystyczne osiągnięcie uznaje fakt, że kiedyś na lotnisku uścisnął dłoń Raya Charlesa. Zapytany jednak o podobieństwo do Franka Sinatry nie zastanawiał się ani chwili, tylko przytaknął: „takie porównania mnie nie dziwią – mamy tego samego krawca”. Można jednak śmiało założyć, że największy wpływ na ewolucję jego twórczości miała jego żona – Kathleen Brennan, którą poznał na planie filmu „Ten od serca” Francisa Forda Coppoli. To ona zradykalizowała muzykę Waitsa, przekonując go, że nie powinien się wystrzegać zderzania ze sobą różnych, nawet najbardziej zaskakujących stylistyk. Od tego momentu po jego płytach można się spodziewać wszystkiego. W wywiadzie dla „Guardiana” artysta tłumaczył, że z dźwiękami jest trochę tak, jak z przyjaciółmi – nie chcesz ich wszystkich zapraszać na jedną domówkę, bo boisz się, że się nie dogadają i popsujesz sobie relacje. Na początku lat 80. Waits zorganizował jednak przyjęcie dla wszystkich kumpli i nazwał je „Swordfishtrombones”. Już sam tytuł wskazuje, że nikt tu się nie będzie przejmował systematyką.

 

Mieszać w tyglu wszelakich stylów zawsze pomagali mu świetni instrumentaliści. Ich reprezentacja odzwierciedlający zresztą kalejdoskopowe zainteresowania Waitsa. Grali z nim Victor Feldman (wcześniej u Milesa Davisa czy Cannonball Adderley’a), Larry Taylor (Canned Heat, The Monkees), John Lurie (Lounge Lizards) i cała plejada innych osobistości. Dość powiedzieć, że na kultowym „Rain dogs” obowiązki gitarzysty dzielili między siebie Keith Richards i młodziutki, debiutujący w tak poważanej sesji, Marc Ribot. Ta współpraca musiała zresztą przypaść do gustu wszystkim, gdyż duet ten towarzyszył Waitsowi przy okazji nagrywania najnowszego, świetnego „Bad as Me”.

Jeszcze zanim na sklepowe półki trafiło „Swordfishtrombones” Waits konsekwentnie budował swoją wizerunek ostatniego bitnika, Weillowskiego typa spod ciemnej gwiazdy czy bluesmana podążającego tymi samymi rozdrożami, co kuszony przez diabła Robert Johnson. A to przecież to wciąż tylko wąskie, stereotypowe spojrzenie na dyskografie Amerykanina. W jego repertuarze pobrzmiewa też psychodeliczny rock Captaina Beefhearta, ballady Van Morrisona czy unikatowe instrumentarium niczym z nagrań wielkiego samotnika – Harry’ego Partcha. W końcu Waits pragnął, by jego instrumenty brzmiały tak niestandardowo, jak jego głos. „Pianino piło, a nie ja” – tłumaczył się w jednej z piosenek, a w innym miejscu dodawał, że każdy kto grał na tym instrumencie, chciałbym usłyszeć jak brzmi zrzucone z dwunastego piętra. Takich fantazji nie mają chyba jedynie studenci bostońskiego MIT. 

 

„Mówią, że nie piszę hitów i mówią to tak, jakby to było coś złego” – dziwił się podczas gali w Rock & Roll Hall of Fame. To oczywiście kolejny zgrabny cytat, a także przyjęcie wygodnej pozy outsidera. Fakty są jednak inne. Niezależnie od swojego podejścia do branży Waits jest gwiazdą, jego kolejne płyty – popkulturowymi wydarzeniami, a stylizowane zdjęcia zdobią okładki popularnej prasy kobiecej. Wyrazisty, dowcipny, charyzmatyczny – autor „Bone Machine” jest urodzonym gwiazdorem, postacią, która momentalnie elektryzuje tłum. Widać to także na ekranie, choćby w Jarmuschowskim „Poza prawem”, gdzie ów naturszczyk kradnie show już od pierwszej sceny. Naprawdę, trudno uwierzyć, że swego czasu rzekomo wypraszano go z knajp, by żaden żul nie przysypiał podczas koncertu wielkiego pana Waitsa. Rzeczywiście, ładna to anegdota, ale myślę, że więcej prawdy jest innej złotej myśli jego autorstwa: „pół życia starasz się, aby cię rozpoznawano, a drugie pół – aby wreszcie dano ci spokój”.

Trudno jednak na to przystać, więc znów grzebiemy mu w życiorysie, dając wam i sobie pretekst, by powracać do jego błyskotliwych powiedzonek, świetnych kreacji i jeszcze lepszych płyt. Mnie jako pierwszy przypomina się pochód basu Lesa Claypoola w „Earth Died Screaming”, świszczący falset poruszającego „Shore Leave” (https://www.youtube.com/watch?v=Lh7JZUpaVPg) i rozdzierające „Jesus Gonna Be Here”, które po latach posłużyło za czołówkę jednego z najwybitniejszych seriali w historii. Wreszcie, to także wspomnienie godzin spędzonych nad książeczką z tekstami piosenek i opasłym słownikiem, w którym brakowało haseł od „sh” do „st”. Nawet nie wiecie, ile to jest wyrazów.