Stan Getz@91 - mistrz gładkiego brzmienia

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

W jednym z utworów Toma Waitsa, „Spare Parts – A Nocturnal Emission” między bohaterami piosenki odbywa się następujący dialog:

– Hej, maleńka, może wpadniemy do mnie, huh? Posłuchamy czegoś gładkiego na stereo...

– Masz jakieś płyty Stana Getza?

Troszkę naokoło samego Getza, ale mam wrażenie, że ten waitsowski dialog zdradza bardzo wiele. Stan Getz był mistrzem gładkiego brzmienia i pościelowych sytuacji. Przynajmniej dla niektórych. Czy cecha to dobra czy zła, pozostawić należy idywidualnej ocenie. Niemniej, Stan Getz przyczynił się do popularyzacji muzyki jazzowej w podzielonym rasowo kraju. W czasach, gdy biała Ameryka słuchała artystów w stylu Fabian czy Peggy Lee, mało kto przychylnym okiem spoglądał w kierunku harlemowskich klubów i dzikiej, niepokojącej muzyki, która się z nich dobywała. Stan był własnie wśrod tych niewielu.

Czarnoskórzy artyści często zarzucali białym muzykom jak Chet Baker, Gerry Mulligan czy Stan Getz, że kradną nie tylko ich publiczność, ale również ich muzykę. Jak zwykle w przypadku poglądów ekstremalnych, nie do końca jest to prawda. Biali jazzmani torowali niejednokrotnie drogę dla późniejszych karier takich gigantów jak Miles Davis czy John Coltrane. Chyba nie można było liczyć na serio na to, że ludzie zasłuchujący się w Hanka Williamsa i Frankiego Avalona z dnia na dzień zapałają miłością do Charliego Parkera i Charlesa Mingusa. Bądźmy realistami.

 

A Getz miał zupełnie przyzwoitą zaprawę – w wieku 16 lat zaczął regularnie grać w orkiestrze puzonisty Jacka Teagardena. Wkrótce zaczął spełniać swoje dziecięce marzenie o muzykowaniu, akompaniując Nat King Cole'owi czy grając pod okiem Lionela Hamptona, Stana Kentona i Benny'ego Goodmana. Zaraz potem został mianowany na solistę u Woody'ego Hermana. Zanim Stan Getz osiągnął pełnoletność, zaliczył z wyróżnieniem przyspieszony kurs historii jazzu. W dodatku na własnej skórze. Udało mu się również połączyć przyjemne z pożytecznym, życie zawodowe z osobistym, gdy w 1946 roku poślubił Beverly Byrne, wokalistkę z zespołu Gene'a Krupy.

Ale czas płynął, epoka big-bandów odchodziła w zapomnienie, a przecież trzeba było utrzymać rodzinę i siebie samego. Getz przystąpił do muzycznej rewolucji, która wymiotła granie w wielkich składach na rzecz niewielkiego składu i kameralnych klubów. Szło mu zupełnie nieźle, wystarczy spojrzeć na listę muzyków, z którymi współpracował w tamtym czasie: Horace Silver, Oscar Peterson, Zoot Sims, Al Haig, Max Roach, Dizzy Gillespie, Tommy Potter. Sam skład świadczy o tym, jaką estymą cieszył się jeden z pionierów cool jazzu, nie tylko w środowisku Zachodniego Wybrzeża. Cool jazz zawładnął wyobraźnią studentów i młodzieży z Kalifornii. Bebop nie przebił się do końca. Był zbyt agresywny, szybki i niemelancholijny. Nie pomogło też na pewno nastawienie Parkera, który przyjechał krzewić nową muzykę, ale zajął się głównie szukaniem heroiny. Wkrótce narkotyków zaczął szukać również Getz. W akcie desperacji usiłował ugasić narkotykowy głód, napadając na aptekę. Został aresztowany. Przez bardzo długi czas Stan Getz nie dotykał saksofonu. Gdy wyszedł z więzienia, uciekł od niebezpieczeństw świata jazzu aż do Kopenhagi.

Lata 60. to jeden z najbardziej kontrowersyjnych okresów w twórczości Getza – współpraca z Joao Gilberto i przylizane brzmienie bossa novy. Był to równocześnie czas największych sukcesów i popularności saksofonisty. Hit za hitem – zaczynając od „Jazz Samba”, a kończąc na „The Girl From Ipanema”, która niektórych zaprasza do tańca, a innych przyprawia o mdłości. To ryzyko, które najwyraźniej czasami trzeba podjąć. Ostatecznie, Getzowi chyba wyszło na dobre. Dzięki płytom „Getz/Gilberto”, na zawsze zagnieździł się w wyobraźni amerykańskiej publiczności.

A w moim przekonaniu, pojawianie się w utworze Toma Waitsa, niezależnie od kontekstu, to coś, czego można zazdrościć.