Najskromniejszy wielki gitarzysta w historii czasu! - Freddiego Greena w 106 rocznicę urodzin wspomina Piotr Jagielski

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Freddie Green to chyba najmniej efektowny gitarzysta w historii…czasu. Całego czasu. Gitara zawsze traktowana była jako jeden z najbardziej indywidualnych instrumentów, na jakich można grać. Większość mistrzów charakteryzowała się silnym indywidualnym podejściem do twórczości i swojego instrumentu. Gitara to przepustka do świata blichtru i sławy. Nie dla Freddiego Greena. Dla niego, gitara to taki sam instrument, jak każdy inny i dlatego powinien umieć trzymać się razem z innymi. Zero pychy i samouwielbienia. Green był „gitarzystą rytmicznym”, który właściwie nigdy nie zagrał jakiejś odważnej solówki czy choćby czegokolwiek, co mogłoby świadczyć o egoistycznych zapędach. Znany najlepiej (i niemal wyłącznie) z gry w legendarnej orkiestrze Counta Basiego, w której tworzył sekcję z Walterem Pagem i Jo Jonesem, gitarzysta poświęcił całkowicie indywidualne laury i sławę za cenę wiecznej chwały zespołu, w którym miał okazję grać.

Pierwszym instrumentem w karierze Freddiego Greena było banjo.  Sam Walker, przyjaciel ojca Freddiego, jako pierwszy dostrzegł talent u młodzieńca. Zaopiekował się nim, nauczył czytać nuty i był dla raczkującego gitarzysty pierwszym prawdziwym nauczycielem. Po śmierci swoich rodziców Green został zupełnie sam. Postanowił, że skoro tak – równie dobrze mógłby wyjechać z Południowej Karoliny. Jak pomyślał, tak zrobił i ruszył w podróż do Nowego Jorku. W 1937 wypatrzył go tam człowiek–instytucja John Hammond, producent zatrudniony w Columbia Records.

Hammond usłyszał w grze Greena coś, czego brakowało mu u innych gitarzystów – styl. Green grał oszczędnie, jakby za żadną cenę nie chciał występować przed szereg, jakby się bał. A on się wcale nie bał, tylko nie widział potrzeby. „Gitary w ogólnie nie powinno być słychać. Powinna się stopić z perkusją, tak, by wydawało się, że to perkusja gra akordy” – tłumaczył swoją filozofię, z pewnością dla niektórych gitarzystów niedostępną w odbiorze. Green po prostu nie chciał się popisywać, wybierał treść ponad formę. Wreszcie – traktował zespół jak organizm – na wzór pozytywistyczny. Organizm, który by funkcjonować sprawnie, musiał angażować w równym stopniu wszystkie swoje kończyny. Ręka czy noga traktowane osobno, nie powinny przesłonić człowieka. Poza tym – szefem był Basie i grano tak, jak Basie sobie życzył.

Gdy Hammond przyprowadził skromnego gitarzystę do wielkiego Counta, ten ponoć pobieżnie na niego spojrzał, mówiąc tylko: „Wygląda w porządku”. To było tyle. A potem pięćdziesiąt lat wspólnej gry i ani jednego solowego wyskoku Freddiego Greena.  Może się wstydził, a może nawet o tym nie myślał, ale przy okazji wymyślił właściwie, jak powinna brzmieć gitara w big-bandzie.

W 1938 roku zespół Benny'ego Goodmana grał swój epokowy koncert w nowojorskiej Carnegie Hall. Podczas grania utworu „Honeysuckle Rose” Fatsa Wallera odbyło się wielkie jam session, w którym brali udział muzycy z zespołów Counta Basiego i Duke'a Ellingtona. Na gitarze grał Freddie Green. Gdy skończył grać swoje solo, Benny Goodman nagle wkazał palcem na Greena, wywołując go do tablicy. Na sali zapanowało zdumienie, a szczęki opadły, gdy Freddie Green, zupełnie bez uprzedzenia, zagrał urocze, krótkie solo.