Mary Lou WIlliams - jedna z najważniejszych kobiet jazzu! w 106 urodziny wielką pianistkę wspomina Piotr Jagielski

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Gdy Mary Lou Williams miała 15 lat spotkał ją niezwykły zaszczyt. Już w tak wczesnym wieku pianistka radziła sobie fenomenalnie. Grywała już z zespołem Washingtonians, samego Duke’a Ellingtona czy McKinney’s Cotton Pickers. Właśnie podczas występu z tym drugim zespołem, w klubie Harlem Rhythm Club, do sali zajrzał sam Louis Armstrong, który uwiedziony z miejsca grą nastoletniej dziewczyny, podszedł do niej po koncercie, uściskał i ucałował na szczęście. Taki był początek kariery Mary Lou Williamson, jednej z najważniejszych kobiet w historii jazzu. I, niezależnie od płci, jednej z najwybitniejszych osobistości zasiadających przy fortepianie. Z takim startem, Mary była wygrana na starcie.

 

Sama też nie czekała na gwiazdkę z nieba. Już w wieku sześciu lat nauczyła się grać na pianinie. Sama z siebie. Gdy skończyła dziesięć lat pomagała rodzicom utrzymywać dziesiątkę swojego rodzeństwa. Zaczęła występować profesjonalnie, gdy skończyła lat siedem. Dość imponujący start. Jej przygoda z jazzem zaczęła się gdy poślubiła trębacza Johna Williamsa. Młoda para przeprowadziła się do Memphis, gdzie John uformował zespół z Mary Lou w składzie. Później jednak trębacz dostał angaż w zespole Andy’ego Kirka i kontynuował karierę bez żony. Jednak gdy brakowało muzyków do gry, Mary sama siadała za klawiaturą. Zaczęła pisać również aranżacje dla orkiestry a jej nieprzeciętny talent szybko dał o sobie znać. Wkrótce stała się gwiazdą zespołu Kirka i jego najlepszą solistką. Sukcesy jej kompozycji (m. in. „Cloudy” czy „Walking and Singing”) sprawiły, że pianistka mogła pracować na własną rękę. Robiło się o niej coraz głośniej; nie była już tylko cudownym dzieckiem, ciekawostką, „małą dziewczynką z East Liberty”. Teraz była Mary Lou Williams, fenomenalną pianistką, której kunszt podziwiał sam Ellington, oraz kompozytorką piszącą dla Benny’ego Goodmana, Earle’a Hinesa czy Tommy’ego Dorsey’a. Goodman wychodził z siebie by zakontraktować ją na stałe u siebie, ale Mary Lou odmówiła. Wolała sama dobierać sobie zadania.

Umiała również dobierać sobie mężów. Po rozstaniu z Williamsem, wyszła za innego trębacza, Harolda Bakera. Tym razem mąż zabrał ją w podróż poślubną w trasę z orkiestrą Duke’a Ellingtona. I zupełnie jak wcześniej zespół Kirka, tak teraz Duke mógł liczyć na sugestie i wsparcie ze strony genialnej pianistki. Mary Lou pomagała przy aranżowaniu takich utworów jak na przykład „Trumpets No End”. Po roku pracy, uznała, że Harold nie jest jej już potrzebny i wyjechała do Nowego Jorku. Tam trafiła w sam środek be-bopowej rewolucji. Natychmiast zaprzyjaźniła się z najwybitniejszymi przedstawicielami nowego ruchu: Charliem Parkerem, Budem Powellem, Theloniousem Monkiem. Dla Dizzy’ego Gillespiego przygotowywała aranżacje i komponowała. 

Co tydzień grywała w Cafe Society, prowadząc transmitowane radiowo warsztaty pianistyczne, na których zjawiali się w charakterze pokornych uczniów najwięksi mistrzowie. Po występach, „Monk i dzieciaki” – jak mawiała na grupkę oddanych studentów – zjawiali się w mieszkaniu Mary Lou, by do późnych godzin wymieniać idee, pomysły i słuchać jej wykładów. Ponoć kiedyś Monk przyszedł do niej, by koniecznie podzielić się jakimś nowym odkryciem; gdy zobaczył, że Williams śpi, nagle sam poczuł zmęczenie. Ułożył się w ubraniu obok Mary Lou i zasnął. Gdy pianistka obudziła się i zobaczyła leżącego koło siebie mężczyznę podniosła krzyk. Przestraszony Thelonious sam zerwał się na nogi i również zaczął krzyczeć. Dopiero po chwili udało się uspokoić przerażonego pianistę. 

Mary Lou była opiekunką i nauczycielką dla całego grona wybitnych pianistów, którzy dziś częściej figurują na jazzowym pierwszym planie niż ona. To jedna z wielu niesprawiedliwości – ta genialna pianistka, stawiana na równi z Ellingtonem jeśli idzie o kunszt i elegancję kompozycji, której gra i wiedza inspirowała największych pianistów nie może cieszyć się taką popularnością jak oni.

W 1952 roku Williams odpuściła sobie występowanie, by przeprowadzić się do Europy i poświęcić nowo odkrytej w sobie pasji religijnej. Zaangażowała się w działalność dobroczynną, między innymi pomagając uzależnionym od silnych narkotyków muzykom. Do powrotu na scenę namówili ją księża i Dizzy Gillespie. Wróciła, choć do końca kariery pozostawała wierna religijnej muzyce. Nagrywała utwory gospel, bluesa o zabarwieniu religijnym i kościelne hymny. Po powrocie zaskakujące było to, że nie brzmiała jak muzyk z minionej epoki; nie spotkało jej to, co stało się udziałem Louisa Armstronga – nie zestarzała się. Grała modalnie, tak jak nowocześni pianiści, jednocześnie zachowując elegancję z czasów big bandów. W dodatku w 1977 roku dała swoje błogosławieństwo Cecilowi Taylorowi grając wspólny koncert w Carnegie Hall. Williams nie była zwolenniczką grania free, ale jej umysł i umiejętności pozwoliły jej swobodnie poruszać się nawet po tak niepewnym gruncie. Przed śmiercią miała powiedzieć: „Dopięłam swego, prawda? Przez gnój i błoto, ale dopięłam swego”.  Doświadczeniem z życia Mary Lou Williams można by spokojnie obdzielić kilka żywotów.