Marci Olak Poczytalny: Za późno

Autor: 
Marcin Olak
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Już prawie północ. Słucham muzyki, co innego mógłbym robić? „Ballady i protesty”, Fisz, Emade, Tworzywo. Siedzę, słucham, piszę. To taki moment, kiedy już odłożyłem gitarę, już więcej nie zagram. Mogę posłuchać, ewentualnie złapać oddech. I może jutro spróbuję znowu, jeszcze nie wiem.

 

Późno jest. Tak w ogóle. Czytam prasę, słucham wiadomości – cholera, sprawy zaszły naprawdę daleko. Zastanawiam się, czy kiedyś uda się coś naprawić. Ten cały syf, te wszystkie manipulacje, pomiatanie ludźmi, tyle złości i bezsilnej wściekłości, poczucia krzywdy i winy… To wszystko jest poważne, bardzo. A ja z tą gitarą i z moimi piosenkami, jakoś tak nieadekwatnie, nie na miejscu, bezsilnie. I jeszcze ta świadomość, że chyba jest za późno, że mam za mało czasu żeby cokolwiek. Mam za mało czasu…  Jasne, czekam na październik, jak wszyscy. To chyba będzie ważniejsze, niż nam się wydaje. Choć z drugiej strony wiem, że to przecież nie magia, z dnia na dzień nic się nie zmieni. I na pewno nie samo. To może co najwyżej być początek. Jakiś. Tylko czy aby nie jest już za późno?

 

To dobra płyta. Taka prawdziwa, niesłodzona. Słucham „Dresiarzy w garniturach”. Może przyjemniej by mi było słuchać czegoś bardziej harmonijnego? Kiedyś dużo słuchałem muzyki dawnej, teraz do tego wracam pomału, ale chyba bardziej świadomie. A ta świadomość ważna, bo im więcej rozumiem z tych dźwięków, tym głębiej rezonują, tym piękniej wybrzmiewają. Na przykład taka pieśń Purcell’a, „Music for a while/Shall all your cares beguile…” Dobrze by było zanurzyć się w dźwiękach, znaleźć ukojenie, choć na chwilę. Uśmiecham się na myśl o autorach tego tekstu. I o ich przekonaniu, że muzyka jest lekarstwem, że może ulżyć w troskach, nawet tych największych… Ale zamiast zmienić album, dalej słucham surowych bitów. „Dresiarze w garniturach”.

 

Tymczasem późno się zrobiło. Solidnie po północy wybrzmiewa ostatnia historia. Gorzka, taka niby zabawna. Że w sumie przyjemna, nocna przejażdżka, a tak naprawdę czołowe zderzenie z mijającym czasem. OK, Boomer. Bo muzyka się zmieniła, bo czas nie poczekał. Dystans podobno trochę ratuje, można się chwilę pośmiać z pomyłki – hejże, jakie zabawne nieporozumienie, błąd nasz powszedni! Więc oddech przed twardym lądowaniem, żeby choć dobrze wypaść, żeby jakoś z klasą…

 

Późno, cholera. Czy i jak bardzo za późno – to się okaże.

 

Czekam na październik.