Louis Armstrong - Mr. Jazz miałby dziś 116 lat

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

 „Stadion był daleko za miastem, mały, płaski, może na pięć tysięcy widzów. A jednak tylko połowa miejsc była zapełniona. Na środku murawy stało podium, jakoś słabo oświetlone, ale siedzieliśmy blisko i Armstronga oraz jego małą orkiestrę było dobrze widać” – Ryszard Kapuściński jest na koncercie Louisa Armstronga w Sudanie. „Wieczór był gorący i duszny i kiedy Armstrong wszedł na podium, już był mokry, bo w dodatku miał na sobie marynarkę, a pod szyją muszkę. Pozdrowił wszystkich, unosząc do góry rękę, w której trzymał złocistą trąbkę i powiedział do lichego, trzeszczącego mikrofonu, że cieszy go, iż może grać w Chartumie, i nie tylko cieszy, ale jest szczęśliwy, po czym roześmiał się swoim pełnym, luźnym, zaraźliwym śmiechem. Był to śmiech zachęcający innych do śmiechu, ale stadion milczał powściągliwie, nie bardzo pewnym, jak się zachować.

Odezwały się perkusja i kontrabas i Armstrong zaczął od piosenki zupełnie na miejscu i na czasie: +Sleepy Time Down South+. Właściwie trudno powiedzieć, kiedy słyszało się głos Armstronga po raz pierwszy, ale jest w nim coś takiego, iż wydaje się, że znało się go od zawsze i gdy zaczyna śpiewać, każdy ze szczerym przekonaniem o swoim znawstwie mówi – No tak, to jest on, Satchmo!”. Tak, to Satchmo, zwany także Popsem, prawdopodobnie pierwszy i najważniejszy solista w historii jazzu. Armstrong stał się jednym z największych improwizatorów, jednym z najbardziej wpływowych muzyków XX wieku a także rozpoznawalną postacią popkultury, rówieśnikiem jazzu i jednym z jego ojców-założycieli.

Urodził się w 1901 r., oczywiście w Nowym Orleanie. Nie miał łatwego dzieciństwa – przyszedł na świat w ubogiej rodzinie, której członkowie pamiętali jeszcze niewolnictwo, i wychował mieszkając w, owianej legendą niebezpiecznej, dzielnicy miasta zwanej „Back a Town”. W młodości Armstrong dorabiał sobie jako gazeciarz, kursował także z drobnymi pracami do dzielnicy „czerwonych latarni” Storyville. Tam młody chłopak nasiąkał życiem nocnym Nowego Orleanu – widział prostytutki, pijaństwo, bójki a także słuchał muzyki. Ówczesnym królem miasta, po postradaniu zmysłów przez Buddy’ego Boldena, był Joe „King” Oliver. Być może pod wpływem tych doświadczeń Armstrong rzucił szkołę i wszedł w skład grupy chłopców, grającej popularnej piosenki na ulicach. Gdy skończył 11 lat zarobił na swój pierwszy instrument  - kornet, na którym sam nauczył się grać. Ale młodzieniec wdawał się także w kłopoty – świętując nowy rok 1912 roku, Armstrong wystrzelił z pistoletu, za co trafił do poprawczaka. Po wypełnieniu swojej kary, młody muzyk trafił pod skrzydła „Kinga” Olivera, który stał się dla niego nie tylko mentorem muzycznym ale także czymś na kształt figury ojcowskiej. Gdy ten przeprowadził się w 1918 r. do Chicago, Armstrong wiernie podążył za nim cztery lata później. Gdy trębacz miał już 20 lat był obyty i z teorią i praktyką muzycznego rzemiosła, potrafił także – jako jeden z niewielu – improwizować swobodnie, przenosić swoje uczucia i osobowość na dźwięki  bez wcześniejszego przygotowania.

Życie w Chicago drastycznie różniło się od tego, które prowadził w Nowym Orleanie. Jako czołowa postać najlepszego zespołu w mieście, Armstrong żył jak król w swoim dużym mieszkaniu z własną, pierwszą w jego życiu, wanną. Notorycznie musiał także wdawać się w pojedynki na sola z lokalnymi muzykami, pragnącymi dowieść swojej wyższości nad przyjezdnym. Ostatecznie kariera u boku Olivera skończyła się, gdy druga żona Armstronga, przekonała go, że musi rozwijać swoją muzykę i talent w nowym otoczeniu, z dala od wpływu „Kinga”. Tym bardziej, że ten znany był z wykręcania się od zapłaty swoim muzykom. „Satch” rozpoczął więc pracę w zespole Fletchera Hendersona w Nowym Jorku, z którą nagrał także kilka utworów. W tym czasie zamienił kornet na trąbkę. W zespole Hendersona Armstrong szybko stał się wyróżniającą postacią – zakres jego działań artystycznych rozciągał się coraz bardziej: od gry na trąbce przeszedł do śpiewania i opowiadania publiczności nowoorleańskich historii. Śpiewał tak, jak grał na trąbce – nie czynił szczególnego rozróżnienia, sprawiając, że śpiew przestał być tylko bezrefleksyjnym trzymaniem się sztywno wytyczonej linii, a pełną improwizacji sztuką ekspresji. Dzięki panu Armstrongowi narodził się scat.  

W 1925 r. otrzymał propozycję poprowadzenia sesji nagraniowej jako członek grup Hot Five i Hot Seven. Nagrał wówczas tak znane utwory jak „Potato Head Blues”, „West End Blues”, czy oda do marihuany, którą Armstrong palił codziennie, „Muggles”. W 1927 r. był już na tyle znaną postacią, że założył swoją własną grupę, Louis Armstrong & His Stompers, która występowała w Sunset Cafe w Chicago a następnie wdarł się na amerykańskie listy przebojów dzięki swojemu zachrypniętemu głosowi, wyśpiewującemu „Big Butter and Egg Man”. „Satch” był sławny. Jego piosenki uwielbiała cała Ameryka, muzyk wybrał się także w trasę koncertową po Europie.

Gdy zakończyła się II wojna światowa i epoka swingu stała się już tylko wspomnieniem, Armstrong rozwiązał swoją orkiestrę i założył nową grupę, The All Stars, która zadebiutowała w 1947 r. w Los Angeles. Dwa lata później Armstrong został pierwszym jazzowym muzykiem, którego twarz pojawiła się na okładce magazynu „Time”. W tym czasie trębacz nagrywał niemal nieustannie, przerywając pracę jedynie na rzecz innej pracy – wystąpił w ponad 30 filmach.  Od 1948 r. muzyk niemal nieustannie przebywał w trasie. W 1951 r. ogromnym sukcesem cieszyła się płyta „Satchmo at Symphony Hall”, dzięki której Armstrong zdobywał coraz to nową publiczność, nawet jeśli coraz popularniejszą formą jazzu był be-bop, którego „Pops” nie był fanem i z którego chętnie drwił, nawet w trakcie własnych występów.

W 1961 r. Armstrong zdetronizował The Beatles, dzięki przebojowi „Hello Dolly”, który stał się niezwykle popularny w USA.  „ Każdy zna +What A Wonderful World+, ale już nie koniecznie +West End Blues+ Ludzie słyszeli o Armstrongu, znają +Hello Dolly+ i +What A Wonderful World+, ale nie znają +Hobo, You Can't Ride This Train+ czy +I Gotta Right To Sing The Blues+ i wszystkiego, co uczyniło go wielkim. Tym, czym zachwycają się inni muzycy. +What A Wonderful World+ do tych rzeczy nie należy. Nie potrafię śpiewać, ale nawet gdybym potrafił, nie chciałbym tego śpiewać. Broń Boże, nie osądzam Louisa Armstronga! On urodził się w roku 1901 – jest rówieśnikiem jazzu, jednym z ojców założycieli” – tłumaczył z niejakim żalem saksofonista Branford Marsalis.

Czy się to Marsalisowi podoba czy nie, Armstrong jest elementem popkultury i sam o to zabiegał. Dzięki temu, udało się „oswoić” jazz w białej Ameryce, która widziała w nim głównie zagrożenie. Dla wielu, jazz ma roześmianą twarz „Satchmo”. Nie przestawał pracować mimo ataku serca, jaki przeszedł w 1959 r. Już wtedy chorował a przecież sukces „Hello Dolly” miał przyjść dopiero dwa lata później. W 1968 r. nagrał, znienawidzone przez Branforda, „What a Wonderful World”, jedną z najpopularniejszych piosenek w historii muzyki popularnej. Był to jednak jeden z ostatnich mocnych akordów kariery jednej z największych jazzowych legend.

„Po koncercie ludzie szybko się rozeszli, zniknęli w nocy. Byłem wstrząśnięty. Słyszałem, że koncerty Armstronga wywołują entuzjazm, szaleństwo, ekstazę. Nic z tych uniesień nie było na stadionie w Chartumie, mimo że Satchmo śpiewał wiele songów afrykańskich niewolników z południa Ameryki, z Alabamy i Luizjany, z której sam pochodził. Ale tamta Afryka i ta obecna to były już inne światy, niemające wspólnego języka, niemogące się porozumieć, utworzyć emocjonalnej wspólnoty” – pisał Kapuściński w „Podróżach z Herodotem”. Armstrong nie mógł znaleźć już także więzi z Ameryką i jazzem, który gwałtownie zmieniał się na jego oczach. Coraz częściej zarzucano mu niedzisiejszość, przestarzałość, tatusiowatość. Nawet pseudonim „Pops” miał w sobie coś ze złośliwości. Zarzucano mu, że schlebia białej widowni, że uśmiecha się do niej jak sługus, że jego muzyka nie jest prawdziwy, dziki, buntowniczym jazzem jak be-bop. Armstrong niechętnie angażował się w politykę. Nie zmienia to jednak faktu, że FBI miało na niego teczkę, ze względu na wypowiadanie się za integracją rasową, szczególnie podczas słynnego kryzysu w Little Rock. Ale to nie wystarczało, by nie traktować go jak reliktu minionej epoki, ciekawostki archeologicznej.

„Sudańczycy odwieźli mnie do hotelu. Usiedliśmy na tarasie, żeby się napić lemoniady. Po chwili samochód przywiózł Armstronga. Z ulgą usiał przy stoliku, właściwie zwalił się na krzesło. Był tęgim, przysadzistym mężczyzną, o szerokich, opadających ramionach. Kelner przyniósł mu sok pomarańczowy. Wypił go duszkiem, potem następną i następną szklankę” – wspomina dalej Kapuściński. „Siedział zmęczony, z pochyloną głową, milczał. Miał w tym czasie sześćdziesiąt lat i – czego nie wiedziałem – był już chory na serce. Armstrong w czasie koncertu i tuż po nim to dwa różni ludzie: pierwszy – wesoły, pogodny, ożywiony, o potężnej sile głosu i wielkiej skali tonów, jakie wydobywał ze swojej trąbki; drugi – ociężały, wyczerpany, bez siły, o twarzy naznaczonej bruzdami, zgaszonej”.