Billy Strayhorn@102 - genialny kompozytor, wielki aranżer i ulubieniec kobiet.

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Billy Strayhorn najbardziej na świecie chciał zostać kompozytorem muzyki poważnej. Gdy skończył 19 lat zrozumiał, że coś takiego po prostu nie będzie miało miejsca - był czarny i nic nie dało się z tym zrobić. Czarny nie może być kompozytorem, nie w Ameryce, nie w latach 30-tych. Musiał przemyśleć swój plan na nowo i odpowiednio zmodyfikować wobec otaczającej go rzeczywistości. Nie musiał jednak długo rwać sobie włosów z głowy i zamartwiać się nad przyszłością - drogę wyznaczyli mu pianiści jazzowi: Art Tatum, Teddy Wilson a także grupa Mad Hatters, której występ oglądał w okolicach Pittsburgha. To był jazz, muzyka prawdziwie amerykańska, która szybko zdobywała sobie nowych fanów w całym kraju. A największą osobistością jazzu był Duke Ellington.

Pianista występował w harlemowskim Cotton Clubie, skąd jego muzyka płynęła pod strzechy Amerykanów za pośrednictwem radia. Zespół Ellingtona był elegancki, pedantyczny i nieskazitelnie profesjonalny. W dodatku na jego czele stał kompozytor i pianista tak wybitny jak "Duke". W 1938 roku koło Ellingtona stanął również Billy Strayhorn. Może nieco z boku, nieco w cieniu, ale jednak na czele.

 

Spotkali się w 1938 roku w Pittsburghu, po koncercie orkiestry Ellingtona. Strayhorn słuchał zespołu już wcześniej, w 1933 roku, i przygotował notatki. Przyszedł przygotowany - przestudiował kompozycje Ellingtona, wytknął ich niedostatki i zaproponował zmiany: pokazał Ellingtonowi partytury jego utworów w nowych aranżacjach, strayhornowskich. Oczywista bezczelność, ale "Duke" był pod wrażeniem i przedstawił młodego człowieka członkom orkiestry a następnie zaprosił do Nowego Jorku na konsultacje. Pracowali wspólnie przez następne ćwierć wieku (z drobną, kilkuletnią przerwą na próbę samotnej kariery). Ellington wyznawał: "Billy Strayhorn to była moja prawa ręka, moja lewa ręka, oczami dookoła głowy i szarymi komórkami".

Relacja między dwoma genialnymi muzycznym umysłami nie należała do sielskich. Ellington często przywłaszczał sobie zasługi swojego aranżera, czerpał z jego erudycji, która napędzała go do pracy na wyższych obrotach. W Strayhornie znalazł równorzędnego partnera do muzycznych debat. Billy pozostawał w cieniu wielkiej figury, choć jednocześnie mógł w spokoju tworzyć dokładnie to, na co miał ochotę. Dzięki tej swobodzie pracy powstały takie kompozycje jak "Take The A-Train" czy "My Little Brown Book" czy "Chelsea Bridge". Ellington nawet pozwalał sobie na żarty ze sceny, gdy zwracał się do publiczności: "Strayhorn odwala całą robotę a ja dostaję ukłony".

 

Aranżer nie za wszystkie swoje prace otrzymywał należne mu rozpoznanie. W przypadku takich utworów jak "Satin Doll", cała chwała spadła na Ellingtona. Pracowali także wspólnie, czego owocem są takie albumy jak "Such Sweet Thunder" (poświęcony twórczości Williama Shakespeare'a). Wspólnie przygotowali także muzykę do filmu "Anatomia morderstwa" w reżyserii Otto Premingera.

Relacje Ellingtona ze Strayhornem nie opierała się wyłącznie na wspólnocie artystycznej. Panowie byli prawdziwymi przyjaciółmi. Krótko przed wyruszeniem na trasę koncertową do Europy w 1939 roku, "Duke" ogłosił członkom swojej rodziny, że pan Strayhorn z nimi zamieszka. Syn Ellingtona, Mercer zapoznał Billy'ego z Aaronem Bridgesem, jazzowym pianistą, który został partnerem życiowym aranżera aż do 1947 roku, gdy przeprowadził się do Paryża. Staryhorn nie krył się ze swoim homoseksualizmem, co nie przychodziło łatwo. Mniej więcej w tym samym czasie w nowojorskim świecie artystycznym brylowało małżeństwo pisarzy Jane i Paula Bowlesów (autor głośnej powieści "Pod osłoną nieba", sfilmowanej przez Bernardo Bertolucciego). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Jane była lesbijką a Paul gejem. Taka mistyfikacja - na bogobojne, amerykańskie małżeństwo - była niezbędna by móc funkcjonować w Stanach Zjednoczonych. A oni byli biali, co dawało im nad Strayhornem ogromną przewagę.

Muzyk angażował się chętnie w liczne akcje na rzecz zniesienia segregacji rasowej i liberalizowania życia publicznego. Przyjaźnił się także z Martinem Lutherem Kingiem. Mimo obnoszenia się ze swoją orientacją seksualną, Strayhorn był ulubieńcem kobiet - Lena Horne namawiała go na małżeństwo i mówiła o nim jako o miłości swojego życia (Billy wykorzystał swoją muzyczną wiedzę, by pomóc w szkoleniu wokalnym pięknej piosenkarki).

W 1964 roku u Strayhorna zdiagnozowano raka. Zmarł trzy lata później, według fałszywej legendy - w ramionach Leny Horne. Faktycznie ostatnie chwile spędził u boku swojego partnera, Billa Grove'a. Jego prochy rozrzucono do rzeki Hudson. Ostatnią pracą, oddaną krótko przed śmiercią, wykonaną już w szpitalnym łóżku, był utwór "Blood Count" napisany dla Ellingtona. "Duke" wykorzystał ten utwór, zamieszczając go na płycie-hołdzie dla wielkiego aranżera "And His Mother Called Him Bill", nagranej siedem miesięcy po śmierci Strayhorna. Album zamyka "Lotus Blossom" - wykonano samotnie przez Ellingtona, po zakończeniu sesji nagraniowej. W tle słychać, jak muzycy z orkiestry pakują się do wyjścia.