Iva Bittová voilin, voice, kalimba
Nieczęsto w katalogu ECM pojawiają się płyty, których bohaterkami są kobiety. Nie od dziś, niestety, wiadome jest że świat muzyki improwizowanej i jazzu jest bardzo zmaskulinizowany. Kobiety w ECM stanowią jednak swoiście odrębną kategorię, od lat szczególnie wartą uwagi. Meredith Monk, Maria Faranturi, Eleni Karaindrou, Amina Alaoui, Judith Berkson, Carla Bley, Anja Lechner… – to nie tylko katalog znakomite artystki – to wizjonerki muzyki. Dziś do tego grona dołącza Iva Bittová.
Choć owo „dziś” to nie do końca odpowiada rzeczywistości. Pierwszy raz jej nazwisko pojawiło się na okładce z logiem ECM w roku 2006. Wtedy jednak na pierwszym planie był Vladimir Godár i jego kompozycja „Mater”, która dała tytuł całej płycie. Morawska wokalistka nie tylko śpiewała tam muzykę swego słowackiego przyjaciela, ale była jego muzą – to dla jej głosu powstał cały ten album. Musiało jednak minąć aż 7 lat by Manfred Eicher oddał w nasze ręce jej autorski album solo. Nie znaczy to jednak, że monachijska oficyna odkryła dla nas wreszcie Ivę Bittová – o nie. Raczej wreszcie oficjalnie zajęła miejsce w panteonie „świętych wariatek” – miejsce, które należy jej się od dawna.
Iva Bittová to wokalistka, skrzypaczka, aktorka, która także znakomicie szyje na drutach (na zdjęciu w sukience swojej własnej produkcji).
Czterokrotnie jej albumy zdobywały w Czechach tytuł płyty roku a o a sama wielkrotnie odbierała nagrody jako najlepsza wokalistka. Zagrała m.in. główną rolę w nominowanym do Oscara filmie Ondřeja Trojana „Želary”, za rolę Eržiki w „Balladzie dla Bandyty” Vladimira Sisa otrzymała nagrodę na najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą na festiwalu w Karlovych Varach. Sukces ostatniego filmu z jej udziałem – „Sekrety” („Little Blue Girl”) w reżyserii Allice Nellis – sprawił, że w ucieczce przed popularnością przeprowadziła się z Czech do USA. Tam mogła znów poświęcić się muzyce – m.in. w towarzystwie jednej z najważniejszych dziś formacji wykonujących muzykę współczesną – Bang On A Can All Stars, ale także Freda Fritha, Marca Ribota czy Bobby’ego McFerrina. Jako skrzypaczka doskonale czuje się w klasycznym repertuarze, interpretując muzykę Bartoka czy Janačka, jednak najwięcej wysiłku poświęca od początku muzyce swojego regionu – Moraw.
Jej płyta dla ECM to album solo. Zatytułowany nazwiskiem artystki, co nie jest częstym przypadkiem dla nagrań produkowanych przez Manfreda Eichera. Rozpisany na 12 części monodram to studium relacji głosu i skrzypiec, którym w tle towarzyszy kalimba – jeden z najstarszych instrumentów znanych człowiekowi. Głos Bittovej słyszymy w całym szerokim spektrum wcieleń – tak jeśli chodzi o techniki śpiewu i artykulacji, jak i języki, którymi posługuje się Bittová: od pieśni Moraw po słowa Gertrudy Stein.
Szczerze powiedziawszy, a jestem kobiet w ECM chyba większym fanem niż samej monachijskiej oficyny, album Ivy Bittovej choć pełna momentów wielkiej urody i szlachetności, pozostawia pewien niedosyt, szczególnie gdy posłucha się choć przez chwilę takiej niociosanej jeszcze próbki muzyki jej nowego zespołu Eviyan – tria z klarnecistą Evanem Ziporynem (który dopiero co po 25 latach opuścił szeregi Bang On A Can All Stars) i gitarzystą Gyanem Riley (synem legendy amerykańskiego minimalizmu: Terry’ego Riley). Razem, jak sami, chcą stworzyć ścieżkę dźwiękową dla globalnej wioski XXI wiku – prostą, organiczną i bezpośrednią, intensywną i pełną liryzmu, łącząc instrumentalną biegłość z energią ziemi. Tego blasku bezpośredniości na płycie dla ECM gdzieś zabrakło.
16 czerwca Iva Bittová wystąpi solo na festiwalu A Part w Katowicach. Ogromnie warto wybrać się na ten koncert, by na własnej skórze odczuć dreszcz jej głosu.