Marcus Miller – Bass (Acoustic), Clarinet (Bass), Fender Rhodes, Fretless Bass, Gimbri, Guitar (Bass), Kalimba, Piano, Synthesizer, Vocals, Adam Agati – Guitar, Guitar (Electric)
Louis Cato – Djembe, Drums, Alex Han – Sax (Alto), Sax (Soprano), Lee Hogans – Trumpet, Brett Williams – Fender Rhodes, Piano, Ambrose Akinmusire – Trumpet, Cliff Barnes – Organ, Piano, Etienne Charles – Percussion, Trumpet, Chuck D. – Rap, Michael Doucet – Violin, Robert Glasper – Fender Rhodes, Robert Greenidge – Steel Pan, Lalah Hathaway – Scat, Vocals
Cory Henry – Organ, Lamumba Henry – Percussion, Ben Hong – Cello, Munyungo Jackson – African Percussion, Keb’ Mo’ – Guitar, Marco Lobo – Percussion, Mocean Worker – Drum Programming, Fender Rhodes, Guitar, Guitar (Bass), Roddie Romero – Accordion, Michael „Patches” Stewart – Trumpet, Alune Wade – Vocals, Wah-Wah Watson – Guitar, Aline Cabral – Vocals (Background), Alvin Chea – Bass (Vocal), Adama Dembélé – Percussion, Vocals (Background), Andrea Dutra – Vocals (Background), Guimba Kouyaté – Guitar (Acoustic), Vocals (Background), Mamadou Cherif Soumano – Kora, Vocals (Background), Julia Sarr – Choir/Chorus, Christiane Correa Tristao – Vocals (Background),
Trzy lata czekaliśmy na nowy album Marcusa Millera. Od wydania jego ostatniej płyty „Renaissance” artysta aktywnie koncertował ze swoją grupą, brał udział w spektakularnych przedsięwzięciach, takich jak Międzynarodowy Dzień Jazzu, festiwal Solidarity Of Arts, wydarzenie Celebrating Peace, ekskluzywne muzyczne rejsy Smooth Jazz Cruise czy okolicznościowe koncerty z udziałem wielkich orkiestr. Jakby tego było mało, Miller został w 2013 roku Artystą dla Pokoju UNESCO i działał jako rzecznik Projektu Szlak Niewolników. To doświadczenie stało się inspiracją dla jego nowego albumu „Afrodeezia”, którym składa on hołd tym, którzy pomimo opresji i cierpienia szukali nadziei i radości w muzyce. Do wyrażenia tych uniwersalnych treści Miller zaprosił nie tylko członków swojego obecnego zespołu – Alexa Hana na saksofonie, Adama Agati na gitarze elektrycznej, Bretta Williamsa na klawiszach, Lee Hogansa na trąbce i Louisa Cato na perkusji – ale i wielu artystów z Afryki, Ameryki Południowej czy Karaibów. Gościnnie występują też młode gwiazdy światowej improwizacji: Robert Glasper czy Ambrose Akinmusire.
Na płycie dominują nowe kompozycje lidera, choć znalazły się na niej także covery słynnych hitów: w tym wypadku soulowe „Papa Was A Rolling Stone” grupy The Temptations czy podniosła aria „Je crois entendre encore” – tutaj zatytułowana „I Still Believe I Hear” – z opery Bizeta „Poławiacze pereł”. Po raz pierwszy u Millera przeważają jednak klimaty world music. Można uznać, że jest to kolejny etap na drodze muzyka: po soczyście funkowych, nasyconych elektroniką albumach „Tales”, „Silver Rain” czy „Free” i ostatnim, brzmiącym matowo, przede wszystkim instrumentalnym „Renaissance”, teraz nadszedł czas na szeroki, wielokulturowy kolektyw z bardzo rozbudowanymi sekcjami perkusyjnymi, gdzie bardziej niż partie solowe znaczące są narracje piosenek i wielowarstwowa baza rytmiczna.
Rezultat muzyczny tych założeń nie wydaje mi się jednak w pełni przekonujący. Miller od lat udowadnia, że najlepszym towarzystwem dla jego basu jest mocny, wyrazisty puls perkusji i kilku wyeksponowanych solistów w zespole, zaś na płycie „Afrodeezia” – naturalnie niepozbawionej elementów funku oraz znakomitych solówek – dominują inne wartości: liczna grupa instrumentalistów, aura egzotycznej podróży, pewna sentymentalna ckliwość. I pewnie nie byłoby w tym niczego złego, gdyby taki zamysł Miller realizował poprzez ciekawsze kompozycje; te zawarte na „Afrodeezia” – poza istotnie porywającym „Papa Was A Rolling Stone” – są jedynie poprawne. Nie odnajduję tam drugiego „Blast”, „Power”, „Scoop” czy „3 Deuces”. Z utworów nowych pozytywnie wyróżniają się w moim poczuciu tylko sympatycznie roztańczone „Hylife”, „We Were There” i „Water Dancer”. Zniechęcają zaś kiczowate „Xtraordinary” czy wspomniane, doprawdy niepotrzebne „I Still Believe I Hear”.
Marcus Miller swoją płytą zatem nie zachwyca, ale może wcale nie miał takiego zamiaru? Przypominam sobie bowiem jego wypowiedź, gdy mówił że muzyka nie może brzmieć zbyt dobrze w studiu, bo pełnia jej jakości i wyrazu powinna ujrzeć światło dopiero na scenie przed słuchaczami. Znając wybitne koncertowe umiejętności Millera jako solisty i lidera grupy, nie mam najmniejszych wątpliwości, że materiał z albumu „Afrodeezia” wykonany na żywo zabrzmi nieporównywalnie lepiej. Wszak nie bez powodu najlepszymi płytami amerykańskiego basisty są właśnie te koncertowe!