Eric Dolphy - muzyk idealny i kompletny. Dziś miałby 89 lat.

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Podobno na kilka tygodni przed śmiercią muzyka, dziennikarz zapytał go dlaczego nigdy nie spróbował grać czegoś „przyjemniejszego dla ucha”, bardziej mainstreamowego, czym mógłby podbić szerszą publiczność i zyskać sobie silniejszą pozycję. Dolphy zniesmaczył się a potem odpowiedział z powagą: „Prędzej umrę niż zagram coś, co do czego nie będę miał pełnego przekonania, że tak powinna brzmieć muzyka.” 29 czerwca, niedługo po udzieleniu tej odpowiedzi, zmarł w berlińskim szpitalu. Okoliczności nie są do końca jasne. Ponoć Dolphy miał stracić przytomność w hotelu, a po przewiezieniu do szpitala zapaść w śpiączkę cukrzycową, z której miał się już nie wybudzić. Późniejsze źródła podają, że zemdlał na scenie, podczas gry, został przewieziony do szpitala, gdzie żaden z lekarzy się nim nie zajął, uznawszy go za zwykłego ćpuna. Pozostawiono go samego sobie w szpitalnym łóżku.

 

Dolphy był prawdziwym indywidualistą. W swojej grze czerpał garściami z najróżniejszych wzorców muzycznych – od klasyki, muzyki atonalnej przez blues po awangardę. Łączył rzeczy, które wydawały się niemożłiwe do połączenia. Świat Erica Dolphy'ego, jak świat każdego geniusza, nie jest obłożony zwykłą, dwuwartościową logiką. Saksofonista tworzy swoją własną, zupełnie osobistą, dolphy’ańską gramatykę.

Eric Dolphy urodził się w rodzinie panamskich emigrantów, w Los Aneles w 1928 roku. W wieku sześciu lat zaczął uczyć się grać na klarnecie i w miesiąc opanował ten istrument na tyle dobrze, że mógł występować w szkolnej orkiestrze. Wkrótce nauczył się również grać na oboju, choć nie wracał do tego instrumentu – ot, dziecięcy kaprys. Do liceum szedł już z saksofonem pod pachą – nagrania Colemana Hawkinsa pociągnęły go w stronę jazzu. Ojciec Erica zbudował mu niewielkie studio, gdzie młody saksofonista mógł ćwiczyć i nagrywać – o tym, że było warto świadczyć mogą nagrania z Cliffordem Brownem, pochodzące z tamtego, wczesnego okresu. Choć nie wiadomo, na ile można mówić w przypadku tego muzyka o okresie początkowym, wczesnym czy juniorskim. Dolphy od młodości emanował tak wielką pewnością tego co gra, wyborów które podejmował, że wydawał się od razu przygotowany do muzycznej dorosłości.

Pod koniec lat 50. skończyła się dla Dolphy'ego epoka grania po małych klubach przed małą publicznością. Zaangażowany został do orkiestry Chica Hamiltona – można go oglądać w filmie „Jazz on a Summers Day” podczas występu zespołu w Newport. Ale przede wszystkim, jeżdżąc z Hamiltonem dotarł do Nowego Jorku, gdzie już czekał na niego dawny kolega z Los Angeles – postawny kontrabasista Charles Mingus. „Dolphy był muzykiem idealnym, kompletnym. Wszędzie pasował” - powiedział o saksofoniście Mingus.

Dolphy zamieszkał w Nowym Jorku, nagrywał z Mingusem, jednak ciągnęło go do własnej pracy, pod własnym szyldem. Odszedł od zespołu kontrabasisty w 1961 roku – choć nagrywał z nim jeszcze wielokrotnie – i wyruszył do Skandynawii i Niemiec. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych jego stan majątkowy pozostawiał wiele do życzenia. Dolphy musiał walczyć o chleb przez całą swoją karierę – nigdy nie udało mu się zarobić większych pieniedzy, które mogłyby zapewnić muzykowi lepsze warunki pracy. Dolphy mieszkał, jadł i nosił się biednie.

W tym okresie spotkał się z Johnem Coltranem, którego poznał w LA przez Milesa Davisa. Coltrane i Dolphy to podobne umysły – równie żywe i niestrudzone w eksperymentach, nie trzeba było długo czekać, by Eric stał się pełnoprawnym członkiem zespołu Coltrane'a. Owocem tej współpracy jest choćby album „Ole Coltrane”, w którym Dolphy gra na flecie.

Choć występował i nagrywał z innymi muzykami i stawał się jedną z największych sensacji Nowego Jorku (nadal niezbyt dobrze opłacaną), Dolphy koncentrował się głównie na własnej pracy.  Jego dwa pierwsze albumy, nagrane dla wytwórni Prestige w 1961 roku, „Outward Bound” i „Out There” dowodzą jak wielkie spustoszenie dzieje się w głowie tego biednego saksofonisty. Utwory osadzone w tradycji hard-bopowej nieustannie dryfują w kierunku awangardy. Dolphy po prostu nie może usiedzieć w miejscu. W tym czasie nagrywał również partie solowe bez akompaniamentu pozostałych muzyków. Był jednym z pierwszych, obok Colemana Hawkinsa i Sonny'ego Rollinsa, saksofonistów którzy pozwalali sobie na tak wiele. Następnym był Anthony Braxton. Wykonywał również utwory klasyczne w tym kompozycje Edgarda Varese.

Najważniejsze stało się 25 lutego 1964 roku. Tego dnia Eric Dolphy nagrał swoją jedyną płytę dla wytwórni Blue Note. Płyta „Out To Lunch!” była również dziełem życia saksofonisty, zwieńczeniem jego wieloletnich zmagań z ograniczeniami jazzu. Po skończeniu nagrania, szef wytwórni Alfred Lion podziękował wszystkim za grę, potem oznaczył nagranie numerem „BLP 4163 and BST 84163” i odłożył do szafy. Dziś „Out To Lunch!” to po prostu klasyk. Jedna z najwybitniejszych prac jakie wyszły z rąk Alfreda Liona i Rudy'ego van Geldera. Jest to również dzieło życia wielkiego muzyka, album który jest jakby ostatecznym punktem w rozwoju artystycznym Erica Dolphy'ego.

Po wyjściu ze studia Blue Note'u – Van Gelder Studio - w Englewood Cliffs w New Jersey, Dolphy zagrał jeszcze na płycie Andrew Hilla „Points Of Departure” i wyjechał z Charlesem Mingusem do Europy, gdzie zamierzał zatrzymać się na stałe. Berlin miał być tylko przystankiem do Paryża, gdzie jego narzeczona, Joyce Mordecai, tańczyła w balecie. Po rozstaniu z Mingusem, zaczął przymierzać się do nagrań z Albertem Aylerem. Ale po drodze zmarł.

John Coltrane powiedział o Dolphym, z którym współpracował na początku lat 60.: „Cokolwiek powiem, nie uda mi się wyrazić tego, co czuję. Mogę tylko powiedzieć, że moje życie było znacznie bogatsze dzięki znajomości z nim. Był jednym z największych ludzi jakich znałem – jako muzyk i jako człowiek”