Unwalled, czyli pozbawiony murów, otwarty – przymiotnik, który, z założenia określa miasto, ale czyż to nie bardzo trafny opis muzyki improwizowanej? Mury, ściany to ogólnie bardzo nośna metafora, ale nie zagłębiając się już dalej w świat literackich skojarzeń, stwierdźmy jeden bezsporny myślę fakt – muzyka improwizowana to jest spotkanie, które wymaga otwartości.
To bynajmniej nie jest najważniejsze w odbiorze tej muzyki, ale jednak budujące i wydaje mi się znaczące, w kontekście idei spotkania i otwartej komunikacji, że muzyka na płycie Unwalled stworzona została przez muzyków reprezentujących geograficznie i pokoleniowo bardzo różne doświadczenia.

Kanadyjczycy Francois Carrier i Michel Lambert to improwizatorzy nomadzi, niemal nierozłączna para, nagrywająca wspólnie w w różnych miejscach i konstelacjach – warto odnotować mocne akcenty polskie w działalności obu panów, w postaci kilku płyt wydanych w Not Two Records, wspólnych nagrań w trio z Rafałem Mazurem, to także druga pozycja wydana przez Fundację Słuchaj!
John Edwards to przedstawiciel brytyjskiej sceny, wyśmienity kontrabasista, bezkompromisowy improwizator, którego gra wzbogaca m.in projekty Evana Parkera, Joe McPhee a ostatnio w Krakowie można go było zobaczyć u boku legendy ethio-jazzu Mulatu Astatke (!).
Składu kwartetu dopełnia Alexander Von Schlippenbach – absolutna legenda europejskiej awangardy jazzowej, można też rzec, że gospodarz spotkania, które miało miejsce w Berlinie.
Unwalled to zasadniczo zbiór 5 rozbudowanych improwizacji (między 11 a 19 minut) oraz 2 miniatur (poniżej 3 minut), które jakimś cudem zmieściły się jeszcze na pojedynczej płycie CD (całość to ponad 78 i pół minuty). To muzyka zdecydowanie skupiona, i skupienie w odbiorze wynagradzająca. Raczej stonowana, niespieszna – przy dużej (samo)kontroli, niewiele jest tutaj dynamicznych szaleństw często błędnie kojarzonych jako wyznacznik grania free, napięcie kreowane jest tutaj na poziomie abstrakcyjnych melodii i harmonii (zwłaszcza na linii piano – sax, np. w przedostatnim na płycie „Unification”). A kiedy robi się gęściej i goręcej to jest to zasłużona kulminacja starannie budowanej dramaturgii (dobrym przykładem utwór tytułowy na otwarcie płyty czy „Yes Road”).
Trudno może jednoznacznie i czytelnie określić co jest na płycie, ale za to bardzo łatwo napisać o kilku rzeczach, których nie ma – nie ma tutaj prężenia muskułów, nie ma pustych wirtuozowskich popisów, ogólnie nawet trudno tutaj mówić o „solówkach” w klasycznym jazzowym sensie, nie ma tu romantycznego szaleństwa, raczej improwizacyjny namysł – w tym sensie muzyka ta bardzo czytelnie wyrasta z europejskiej tradycji awangardy. Ale nie trzeba się obawiać wcale,że w takim razie jest intelektualnie, hermetycznie i trzeba szukać jakiegoś klucza, żeby wejść do środka – nie trzeba, spotkanie jest otwarte. Unwalled.