Stefon Harris (USA) – wibrafon, marimba
David Sanchez (USA) – saksofony
Christian Scott (USA) – trąbka
Harold López-Nussa (Kuba) – fortepian
Rember Duharte (Kuba) – fortepian
Trzech utalentowanych muzyków ze Stanów pojechało do Hawany i z tamtejszymi młodymi gwiazdami fortepianu nagrało album. Tytułowe 90 mil dzieli Florydę od wybrzeży sławnej i egzotycznej wyspy Kuba. Czyli niewiele. A jednak ta odległość dzieli dwa zupełnie różne światy. Jak wynika z liner note autorzy płyty chcieli, by ten album stanowił uniwersalny, bo muzyczny, pomost między owymi światami. Czy im się udało?
Muzyka na tym albumie jest energetyczna, w większości taneczna. Zagrana w sposób nowoczesny, zawiera też elementy jazzu lat 30., 40. i 60. Są tu porywające, w tym kubańskie, rytmy. Świetne rzemiosło. Siła dużej orkiestry. Przestrzeń, zawrót głowy, przyjemny klimat. Muzyka, jaką chce się słyszeć w jazzowym klubie w starym stylu i tak słoneczna, jak wyobrażenia na temat tej szczęśliwej Kuby, która już odchodzi w przeszłość. Świetna płyta, jednak na co dzień do słuchania w całości chyba tylko w samochodzie lub na rowerze.
Każdy z grających tu muzyków działa w innych zespołach, w tym dwóch z nich w kraju, który powszechnie wydaje się skutecznie zamknięty na zewnętrzne wpływy (Stefon Harris udziela się między innymi w San Francisco Jazz Collective – o świeżej produkcji tego zespołu już niebawem opowiemy w Jazzarium). Pytanie jest, dlaczego ta piątka chciała nagrać tę płytę razem i dlaczego nadali jej tak znaczący tytuł? Dziś wielu muzyków z różnych stron świata spotyka się, by wspólnie tworzyć, nie wszyscy jednak nadają swojej pracy charakter kroku, że złośliwie nawiążę, milowego. Oczywiście, ktoś mógłby rzec, że praca z odizolowanymi przez lata Kubańczykami to wydarzenie samo w sobie. Jednak to muzyczne spotkanie jest miłe, ale muzycznie nie podkreśla znacząco ani biegunów Floryda – Kuba, ani ich cech charakterystycznych. A trzeba dodać, że album – oprócz muzyki – zwiera dokumentalny materiał filmowy i że projekt „Ninety Miles” ma własną stronę internetową. Dla mnie to delikatny przerost formy nad treścią, dlatego że w tym wypadku okoliczności spotkania nie mają zasadniczego wpływu na kształt prezentowanej muzyki. Nawiasem mówiąc, osobom ciekawym bardziej udanych muzycznych projektów-pomostów ostatnich lat polecam raczej przesłuchanie płyty Dee Dee Bridgewater z muzykami z Mali („Red Earth: A Malian Journey”, DDB Records 2007).
„Ninety Miles” to płyta przyjemna, ale niezobowiązująca. To nie cynizm, po prostu nie wiem, dlaczego autorzy obciążyli wydanie albumu niepotrzebnym społeczno-politycznym bagażem. Może to wina przesadzonej promocji, a może tylko delikatne zapędzenie się i wykorzystanie ducha muzyki do pozamuzycznych, mimo że szczytnych, celów?