Brandon Ross – gitara, Michael Gregory – gitara, Lamar Smith – gitara, Josh Gerowitz – gitara, Skuli Sverrisson – kontrabas, John Lindberg – kontrabas, Angelica Sanchez – elektryczne pianino, fortepian,
Stephanie Smith – skrzypce, Casey Anderson – saksofon altowy, Casey Butler – saksofon tenorowy,
Mark Trayle and Charlie Burgin – laptopy, Pheeroan AkLaff – perkusja
Wadada Leo Smith zrobił nam w tym roku dużą przyjemność. Nagrał nowoczesny album jazzrockowy. W dodatku podwójny. Momentami z jajem, momentami liryczny, czasem trochę patetyczny, a czasem lekki. Do jego realizacji zaprosił wytrawnych muzyków. Starszych i młodszych. Jest tu akustyka, prąd i elektronika. Jest groove, rockowy kop, jazzowy ogień, ale także trans i kosmiczno-nieludzkie przestrzenie. Jest super…
…i o nic więcej nie chodzi. Naprawdę, te dwie płyty to fantastyczna przygoda, świetna zabawa. Rozpoczyna i kończy je hołd i wspomnienie – około 20-minutowe utwory dla Dona Cherry’ego i Liroya Jenkinsa oraz 10-minutowy utwór dla Toni Morrison (amerykańskiej pisarki, laureatki Nagrody Nobla, ukazującej życie w Ameryce). Całość trwa 114 minut, a głównym przewodnikiem między utworami jest napięcie i nastrój.
Kompozycje tętnią, wzbudzane raz wyraźnym bitem, raz podskórnym dreszczem, a raz rozciągnięte są mantrycznym i ludycznym skupieniem na muzycznym rytuale. Plus żywy, naprawdę „not dead”, jazzrock. Smith wykorzystał duży skład do stworzenia aranżacji kameralnych i orkiestrowych. Nota bene wypada mu gorąco podziękować za skompletowanie do tego nagrania muzyków o niebanalnej wrażliwości i wyobraźni oraz za kolejną (po albumie „Spiritual dimensions”) prezentację kilku wspaniałych gitarzystów.
Wspaniała, nowoczesna i superzagrana płyta, a dla osób znużonych monotonią jazzorcka – na pewno zaskakująca.