To ostatni w tym roku moment na taką płytę – album, na którym autorka jawnie domaga się więcej słonecznego światła i błękitu nieba. A to wszystko w ramach kolektywu afro-hiszpańskiego. O co chodzi? O płytę Buiki „En mi Piel”.
Na okładce uwagę przykuwa najpierw obiektyw aparatu, za którym twarz skrywa afrykańsko-cygańsko-hiszpańska wokalistka. W drugim momencie dostrzega się papierosa w jej ręku (z miejsca przypomina się okładka albumu Cassandrry Wilson, na której sportretowana Cassandra także trzymała tytoniowego skręta, jednak amerykańscy producenci uznali to za zabyt nieobeczajne i niedopałek wycieli w postprodukcji). Po dokładnym przyjrzeniu się zdjęciu, odkrywamy wreszcie, ze Buika jest na nim naga. Podobnie jest z otkrywaniem muzyki z tej płyty.
Po pierwszym przesłuchaniu docierają do naszych uszu miłe, ciepłe brzmienia z krajów Półwyspu Iberyjskiego i ich historycznych kolonii. Jest flamenco, jest muzyka kubańska, jest nawet anglojezyczny soul. Wszystkiemu jednak życia nadaje charakterystyczny, na poły zachrypnietym na poły szeleszczacy, jakby dymiący głos Buiki, uszlachetniający nawet popowo-taneczne wycieczki muzyczne na płycie.
Za tym wszystkim kryje się zaś ta urzekająca specyfika hiszpańskiej kultury muzycznej: przebogatej w ramach samego półwyspu, od flamenco, pieśni andaluzyjskich, tętniących od wpływów po spółu europejskich, arabskich czy afrykanskich; jednocześnie wzmocnionej krwią Ameryki Łacińskiej.
Muzyka Buiki nie jest syntezą muzycznych wpływów. Trudno by było inaczej, skoro do czynienia mamy z muzycznym „The Best of…” Conchi Buiki. Na płycie znalazły się utwory z jej wcześniejszych nagrań, w tym także te z filmu Pedro Almodovara „La Piel Que Habito”, duety z kubańskim pianistą Chucho Valdesem a także dotąd niepublikowne kompozycje. Wszystko to daje nam wgląd w świat hiszpańskojęzycznej muzyki popularnej. Na tę niewyraźną porę roku nada się jak w sam raz.