Pat Metheny: Electric and Acoustic Guitars, Guitar Synth, Orchestrionics; Chris Potter: Tenor Sax, Bass Clarinet, Soprano Sax; Ben Williams: Acoustic Bass; Antonio Sanchez: Drums
Kolejna płyta Pata Metheny jest jak widokówka, którą gitarzysta wysyła nam ze swojej podróży przez muzykę. Opowieść zaczyna w miejscu, w którym zostawił nas na swojej ostatniej płycie – balladowym, akustycznym solo. Po chwili jednak dołącza do niego nowy kwartet z Antonio Snachezem na perksuji, Benem Williamsem na kontrabasie i Chrisem Potterem na saksofonach i klarnecie basowym. W miarę słuchania tego albumu, przyswajania jego energii, wydaje się, że jest to nagranie koncertowe – brak braw po kolejnych utworach i improwizacjach poszczególnych członków grupy, słuchacz ma ochotę zrekompensować we własnym zakresie.
W kontekście albumu „Unity Band” podkreśla się, że to jego pierwsze nagranie Pata z towarzyszeniem saksofonu od czasów wydanej 32 lata temu przez ECM płyty „80/81”. Tam na tenorach towarzyszyli mu Michael Brecker i Dewey Redman. I choć można się na nowym krążku doszukiwać nawiązań do tego i innych, wcześniejszych nagrań gitarzysty, bez wątpienia nie to jest kluczowe w odbiorze muzyki jego nowej formacji.
Jak przyznaje sam gitarzysta, kluczowym elementem tej muzycznej układanki jest Chris Potter – 41 letni saksofonista, z którym Metheny spotkał się w studio, przy okazji płyty Antonio Sancheza. Przyrównuje jego muzyczny talent, doskonałość do tej, jaką spotkał wcześniej u Ornette’a Colemana czy Gary’ego Burtona – To jeden z najlepszych muzyków, jakich kiedykolwiek widziałem – pointuje Pat.
Na płycie nie słychać jednak fajerwerków, popisów czy brawury. Mimo to, z tą swoistą, tytułową jednością, czwórka artystów tworzy przebój za przebojem.
“New Year”, “Roofdogs” czy “Come and Sea” – hołd dla Freddiego Hubbarda, który otwierają wspólnie duetem Pat na gitara Picasso i Chris na klarnecie basowym – wszystkie te utwory chciałoby się się bez końca odtwarzać i słuchać w radio. A na tym uroki tego krążka się nie kończą. Wisienką na torcie jest „Signals”, w którym wszyscy członkowie Unity Band chwytają za instrumenty orchestrionalne i bawią się elektronicznymi loopami.
To wprost niesamowite, że chyba bezsprzecznie najważniejszy gitarzysta jazzowy (choć on sam wolałby unikąć takich etykietek) ostatnich przeszło 30 lat, cały czas jest w drodze przez kolejne obszary muzycznej krainy. Z każdego odwiedzanego miejsca ślę nam swoje płytowe zapiski, pisane wielobarwnym, własnym i wciąż zaskakującym językiem.
Fani w Polsce będą mieli okazje już niedługo usłyszeć tę grupę na żywo, podczas koncertu w Bielsku Białej. Warto, bo właśnie w przestrzeni scenicznej ten zespół rozwinie swe skrzydła najpiękniej.