Na swoim drugim albumie Wovoka kontynuuje wątek restaurowania i opowiadania na nowo tradycji afroamerykańskiego południa. Robi to bardzo dobrze. Być może – zbyt dobrze.
Trudno o bardziej polityczny tytuł w 2015 roku, a jednak nowa płyta Wovoki nie nawiązuje przecież do dramatycznych wydarzeń na Ukrainie. Być może grupa Raphela Rogińskiego i Mewy Chabiery puszcza po prostu oko, daje znać, że swojej wyprawy w przeszłość dokonuje przy pełnej świadomości współczesności. Jeśli bowiem „Metropolis” Fritza Langa było opowieścią o przyszłości, to „Sevastopolis” warszawskiego zespołu jest wyprawą do korzeni. Do trzewi korzennego, czarnego bluesa. To wędrówka pełna miłości do tradycji, a przy tym niepozbawiona przecież autorskiego charakteru. Wovoka to nie grupa rekonstrukcyjna, a jej album pokazuje, że teksty afroamerykańskich mistrzów bezdroży nie straciły wcale na swojej sile.

Sama idea sięgania po bluesowe korzenie Ameryki przez muzyków niekojarzonych na co dzień z tym stylem przypomina mi trochę tryptyk United States of America wydane przed dwoma laty przez wytwórnię Bołt. Z tą różnicą, że tamte (udane skądinąd) nagrania skupiały się na historii tej muzyki, były w pewnym sensie opowieścią o opowieści. Wovoka zdaje się bazować raczej na emocjach, które płyną z samych tekstów, choć pewnie nie bez znaczenia pozostaje kontekst ich powstania – ciężka fizyczna praca, niewolnictwo i nadzieje pokładane w muzyce jako przepustce do lepszego świata.
Kompozycje napisane przez Wovokę odchodzą trochę od bluesowego korzenia. Przede wszystkim dużo to psychodelicznych brzmień kojarzących się z nagraniami takich grup jak The Doors (organy w „Black Ghost”). Uwagę zwraca także gęsta, potężnie brzmiąca perkusja Pawła Szpury (ostatnie koncerty Lotto przekonują mnie, że najlepiej czuje się on w repertuarze zahaczającym o rockowy idiom) oraz afrykańskie akcenty w gitarowych partiach Rogińskiego. Gwiazdą pozostaje jednak Mewa Chabiera, której pełny głos charakteryzuje dość niski ton i ogromna siła rażenia. Ten wokal jest z jednej strony porywający, gdy zespół zapomina się w psychodelicznym transie („Dat Lonesome Stream”), choć z drugiej strony za bardzo narzuca się w momentach spokojniejszych (zwrotki „God Will Never Change”). I to jest być może najpoważniejszy (jedyny?) zarzut wobec „Sevastopolis” – bogato zaaranżowany, producencko wypolerowany i zaśpiewany z chirurgiczną precyzją, traci trochę ducha tych prostych, amatorsko zrealizowanych, a przecież wciąż przejmujących oryginałów.