Arranged By, Conductor – Bob Brookmeyer, Bass – Ingmar Heller, Drums – John Hollenbeck, Piano – Kris Goessens, Producer [Recording] – Johannes Müller (2), Reeds – Edgar Herzog, Marko Lackner, Nils Van Haften, Oliver Leicht, Paul Heller, Synthesizer – Hendrik Soll, Trombone – Anders Wiborg, Christian Jaksjo, Dominik Stoger, Ed Partyka
Trumpet – Eckhard Baur, Ruud Breuls, Sebastian Strempel, Thorsten Benkenstein, Torsten Maas, Vocals – Fay Claassen
Album „Standards” to ostatnie dzieło w bogatej karierze Boba Brookmeyera – człowieka, który był jednym z największych i najbardziej niedocenianych muzyków jazzowych i jednocześnie najwybitniejszych aranżerów. Ten znakomity puzonista współpracował z takimi legendami jak Gerry Mulligan (w którego zespole wypełnił miejsce Cheta Bakera), Bill Evans, Jim Hall, Charles Mingus czy Coleman Hawkins. Był jednym z ogniw łączących współczesność z owianym legendą okresem największego rozkwitu jazzu.
Brookmeyer zmarł tydzień po ukazaniu się płyty, w ostatnich dniach listopada 2011 roku. Ten pożegnalny album jest pewnego rodzaju podsumowaniem jego niezwykłej historii – absolutnie katastrofalnie nudnej w wymiarze biograficznym, pasjonującej natomiast jeśli chodzi o jego pracę. Brookmeyer zamienił biografię na dyskografię, całkowicie podporządkowując swoje życie muzyce. Trzeba też powiedzieć – bez Boba Brookmeyera nie słyszelibyśmy prawdopodobnie o Marii Schneider, która studiowała u niego między 1986 a 1991 rokiem. Schneider napisała zresztą „liner notes” do jego ostatniego, 35. w karierze, albumu.
Nagranie jest oczywiście wysokiej klasy – poza typową Brookmeyerowską elegancją i wirtuozerią, podkreślaną jeszcze przez New Art Orchestra, podziwiać można kunszt wokalny Fay Classen. Tytuł streszcza fabułę: „Love For Sale”, „Willow Weep For Me” czy „I Get A Kick Out Of You” – słyszeliśmy to już setki razy. I nic, ale to absolutnie nic nie szkodzi. „Standards” to po prostu bardzo dobra płyta o której ktoś mógłby powiedzieć, że zaaranżowana jest w duchu Gila Evansa czy Duke’a Ellingtona. Faktycznie, można by tak powiedzieć, gdyby nie to, że przede wszystkim jest to duch Boba Brookmeyera.