
Od niedzieli w sopockiej Zatoce Sztuki trwają warszaty jazzowe, prowadzone przez wykładowców z nowojorskiej SIM – School of Improvised Music. We wtorek Dream Clubie, w Krzywym Domku, kilkaset metrów od Bałtyku, odbył się ich koncert – pokaz tego, o co w SIM tak naprawdę chodzi.
Dla wielu ten koncert mógł być zaskoczeniem. Muzyka, która dobiegała ze sceny łączyła bowiem skrajności nowoczesnej improwizacji z jazzową, a nawet bopową tradycją. Z jednej strony muzycy odpływali w solowych popisach, wolnych frazach, otwartych rytmach i dźwiękowych poszukiwaniach, z drugiej już po chwili słychać było muzykę Theloniousa Monka. Doskonale te przemiany widać było w grze Marka Heliasa, który każdą możliwą techniką smyczkiem czy klangiem, budował popisowe solówki, miejscami tworząc odrębne utwory-miniatury, by po chwili wykonać zaskakująco klasyczny pochód basowy, przemieniając niepostrzeżenie nowoczesny, równorzędny duet z Tyshawnem Soreym w tradycyjną sekcję rytmiczną. Ten zaś również nie stronił od dźwiękowych poszukiwań. Obok wirtuozerii na tradycyjnie rozumianym zestawie perkusyjnym, dźwięków szukał na melodyce jak i na…butelce wody mineralnej.

Momentami można było mieć wrażenie, że koncert ten nie ma swojej wewnętrznej dramaturgii, trasy od A do B. Chyba jednak o to właśnie chodziło – o otwartość, a nie gotowe rozwiązanie, patent na jazzowy kwartet. Naturalnym leaderem tego zespołu był Alessi, jednak każdy muzyk miał do dyspozycji twórczą przestrzeń, conajmniej wielkości sopockiego molo. Dla części fanów jazzu takie podejście mogło być zaskakujące, odkrywcze – oto bowiem nie mamy do wyboru jedynie main streamu lub awangardy. SIM jest gdzieś pośrodku, a dzięki temu może najbliżej tego, czym był jazz w swoich najświetniejszych latach. Muzycy nie wznoszą muzeum improwizacji, nie traktują tradycji jako nienaruszalnych wzorców z Sevre, a przy tym pozostają wierni ramom tego gatunku. Nie zaczynają od zera, ale od nowa.