Pracujemy nad nową odsłoną serwisu. Możesz napotkać drobne błędy edycyjne, które na bieżąco usuwamy. Dziękujemy, że jesteś z nami!

Lekcja słuchania z The Necks

Powiększenie, Centrum Sztuki Współczesnej, Laboratorium – wszystkie te nazwy własne, a zarazem słowa odsyłające do pewnego zbioru skojarzeń i kontekstów, idealnie wpisują się w dźwięki, które zabrzmiały niedzielnego wieczoru w Warszawie. Już na kilka tygodni przed występem The Necks dało się wyczuć w stołecznych kręgach muzycznych zapaleńców pewne radosne podniecenie, choć może bardziej napięcie i oczekiwanie. Bilety, biorąc pod uwagę rodzaj muzyki grany przez trio rozeszły się jak pieczywo pierwszej świeżości. Szczęśliwi ci, którym się udało. Osobiście z twórczością The Necks w wersji na żywo miałem kontakt po raz pierwszy i było to doświadczenie z rodzaju wyjątkowych i niepowtarzalnych, zapewne na trwałe wpływających na sposób myślenia o muzyce powstającej w czasie rzeczywistym.

Do CSW postanowiłem przyjść punktualnie, aby załapać się na support, który z racji zestawienia ciekawych artystów warszawskiej sceny improwizowanej zapowiadał się tyle intrygująco, co tajemniczo. Paweł Szpura, Mike Majkowski i Łukasz Rychlicki, występujący w niedzielę pod nazwą Lotto są mi znani z wielu projektów, świadom dość szerokiej skali ich muzycznych zainteresowań byłem przygotowany na niespodziewane – i pod tym względem osobliwa nazwa tria ma jak najbardziej sens.

Łukasz Rychlicki, który grając solo w zeszłym miesiącu przed The Thing zaproponował solidną, krótką dawkę gitarowego noise’u flirtującego momentami z melodią, podąża dość konsekwentnie obranym przez siebie szlakiem. W Laboratorium było niewątpliwie więcej charakterystycznych tematów, a ich powoli budowana dramaturgia przywoływała dość jednoznaczne skojarzenia z triem, które miało wejść na scenę już za chwilę. Muzykę Lotto można określić, jako ekstatyczną i transową – duży w tym udział miał z pewnością Paweł Szpura, który podczas całego występu zdawał mi się osobą najbardziej ogarniającą to co się dzieje na scenie. Perkusja pełniła rolę wartości stałej, a jej ascetyczne, motoryczne i powtarzalne zagrywki przywodziły na myśl zacną inspirację – krautrock spod znaku Neu!. Kontrabas Majkowskiego momentami bardzo ciekawie dialogował z gitarowym zgiełkiem, jednak w perspektywie całości trochę zabrakło muzykowi pomysłu, dokładności i siły przebicia, żeby uczynić z instrumentu integralne i charakterystyczne ogniwo tria. Często Majkowskiego po prostu nie było słychać. Lotto balansowali pomiędzy precyzją (która nie do końca wyszła), repetytywnością a hałasem. Prawdopodobnie gdyby nacisk został położony bardziej na ten ostatni, zespół zabrzmiałby nieco bardziej oryginalnie i kontrastowo, jeśli chodzi o gwiazdę wieczoru. Jednak w dalszym ciągu był to występ solidny, a samo trio w perspektywie czasu może stać się czymś naprawdę interesującym. Mam też nadzieję, że Lotto zaprezentuje się w przyszłości od strony bardziej odważnej i samoświadomej. Koncert o charakterze smakowitej, lecz nie do końca pełnokrwistej przystawki, biorąc pod uwagę wyrafinowanie i poziom głównego dania.

The Necks. Ciężko cokolwiek napisać. Zresztą opisywanie maestrii wykonawczej siłą rzeczy otarłoby się o wyliczankę truizmów. Pamiętam jak pierwszy raz usłyszałem płytę Music for 18 Musicians Steve’a Reicha i pomyślałem, że ciężko mi będzie kiedykolwiek obcować z muzyką równie piękną, idealną w swej konstrukcji. Minimalizm ma w sobie coś uwodzicielskiego. Muzyka zdawać by się mogło prosta, niepiętrząca przed słuchaczem przeszkód takich jak na przykład jazgot brötzmannowskiego saksofonu, czy często atonalna, pozbawiona melodyki muzyka współczesna. Minimalizm łączy w sobie bardzo duży ładunek zarówno intelektualny jak i czysto emocjonalny, czego prawdopodobnie najpełniej doświadczyć można podczas występu na żywo. Pączkujące, iluzorycznie, niepostrzeżenie ewoluujące kompozycje sklecone z zegarmistrzowską precyzją. Proste, lecz złożone z elementów doskonale do siebie pasujących niczym puzzle 1000 kawałków. Na pozór wszystko wydaje się podobne, jednak przy głębszym skupieniu widać niuanse i szczegóły układanki, która wyjść może jedynie dzięki doskonałemu połączeniu elementów.

Podczas koncertu The Necks mieliśmy do czynienia z kilkoma zestawami puzzli: pierwszym było samo trio, które pracowało na scenie niczym jeden organizm, generując muzykę po dłuższym czasie sprawiającą wrażenie materialnej rzeczywistości wypełniającej przestrzeń dookoła, bytującej niezależnie od uderzeń w struny, klawisze, czy talerze. Zatem dźwięki występujące w czasie były układanką numer dwa, tworzącą z każdą para uszu obecną na widowni oddzielną suwerenną konstelację. W moim wypadku była to konstelacja, która na długo pozostanie w pamięci jako synonim niesamowitej precyzji wykonawczej, perfekcji w konstruowaniu muzyki „tu i teraz” przez artystów niezwykle otwartych podchodzących do dźwięku z nabożną czcią i szacunkiem.

Muzyka The Necks zabrzmiała w CSW dwukrotnie, a każdy z setów był na swój sposób zamkniętą całością o własnej niepowtarzalnej architekturze. Będąc świadkiem improwizacji tak dokładnej, wolnej, nieprzegadanej, złożonej z wyraźnych, kaligraficznie dopracowanych elementów, czułem się jak uczestnik lekcji słuchania muzyki. Fantastycznie było brać w niej udział i wyjść bogatszym w niezapomniane doświadczenie.

The Necks otrzymali owacje na stojąco, po czym radośnie zapowiedzieli chęć powrotu do Warszawy. Mam szczerą nadzieję, że nastąpi to jak najszybciej.

TO MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Jazzarium to jeden z najważniejszych polskich portali poświęconych muzyce jazzowej i improwizowanej, który od wielu lat z pasją dokumentuje najciekawsze zjawiska na polskiej i światowej scenie. Na naszych łamach znajdziesz rzetelne recenzje płyt, wnikliwe wywiady oraz relacje z najważniejszych koncertów i festiwali. Jesteśmy przestrzenią tworzoną przez miłośników dźwięku dla wszystkich tych, którzy w muzyce szukają autentyczności i artystycznej głębi.
Copyright 2026 Jazzarium
REALIZACJA: TV