
Bez Macieja Trifionidisa, którego zmogła gorączka, w warszawskim Pardon, to tu wystąpiii Paweł Szamburski i Hubert Zemler. Jako duet Chory Trees zagrali koncert do filmu „Berlin – Symfonia Wielkiego Miasta”. I właśnie słowo koncert należy tu podkreślić – i może nie „do filmu” a „z filmem” albo i z samym jego autorem – Waltherem Ruttmannem – muzycy weszli w równoprawny dialog.
Paweł Szamburski jest już od kilku lat specjalistą od muzycznej ilustracji ruchomych obrazów. Razem z Patrykiem Zakrockim jako SzaZa objechali spory kawałek świata interpretując wczesne filmy Romana Polańskiego. Później skład rozrósł się do tria SzaZaZe gdy za zestawem perkusyjnym zasiadł Hubert Zemler i razem wzięli na warsztat filmy Stefana i Franciszki Themersonów. Wczorajszy koncert pokazał jednak, że Szamburski jest nie tylko specjalistą, ale i prawdziwym mistrzem dialogu muzyki z filmu – i nie piszą tego dlatego, że klarnecista świętuje dziś 33 urodziny.
Pochodzący z 1927 roku godzinny, niemy film Walthera Ruttmanna „Berlin – Symfonia Wielkiego Miasta” – portret 24 godzin z życia żywej tkanki metropolii – to od zawsze wyzwanie. Obraz ten jest niezwykle dynamiczny, szybki, rytmiczny, wielowątkowy – oryginalny i nowatorski jak na swoje czasy, a przy tym wciąż aktualny i świeży w naszej epoce, 85 lat później.
To co na scenie Pardon, to tu zrobili Szamburski i Zemler nie było tylko muzyczną ilustracją – taperką przeniesioną w XXI wiek. Muzycy oprowadzali nas po filmie i świecie, który został w nim przedstawiony – budowali improwizacje, które spotykały się z obrazem. Walther Ruttmann i jego film był praktycznie trzecim członkiem zespołu.
Każdy z muzyków miał do swojej dyspozycji sporą paletę brzmień – Zemler za rozbudowanym zestawem perkusyjnym, z ksylofonem, melodyką, gongiem – Szamburski na klarnetach, mandolinie, flecie, harmonijce, głosie, beatboksie… Przyznać trzeba, że do perfekcji opanował Paweł posługiwanie się loopami: zapętlone i nakładane na siebie kolejne warstwy dźwięku są u niego po prostu naturalne – przechodzenie od żywego tonu do sampla jest niezauważalne – narzędzie jest w ogóle niewidoczne a efekty jego pracy, i wirtuozeria – imponujące.
Choć podczas wczorajszego koncertu muzycy nie uzależnili się całkowicie od filmu, wykorzystując przestrzeń na to by po prostu ze sobą pograć, dać wybrzmieć motywom, które na bieżąco powstawały w ich dialogu, szczególnie w pamięć zapadły mi te motywy, gdy do rozmowy zapraszali Walthera Ruttmanna – wzmacniając jego dowcip, przydając filmowi tempa, rytmu czy uszlachetniając muzyką emocje bohaterów na ekranie… Także Szamburski z Zemlerem pozwalali sobie nie raz na żarty – jednak prawie zawsze takie puszczone oko – np. dźwięki mlaskania i siorbania podczas sceny obiadu w restauracji, czy dubbingowanie postaci przedstawionych w filmie – zaraz potem stawały się elementem muzycznej układanki, częścią krajobrazu Berlina.
Zabawne, że mimo upływu 85 lat od powstania w „Symfonii Wielkiego Miasta” swoje odzwierciedlenie znaleźć mogą dziś niemal wszystkie sfery naszego współczesnego życia – po internet i kult informacji włącznie, którego narzędziem były w przedwojennym Berlinie popołudniowe i wieczorne wydania gazet. Wszystko jest oprócz… muzyki. Ta przedstawiona jest w filmie niezwykle skromnie – w króciutkiej scenie z podwórkowymi grajkami za dnia i wodewilową orkiestrą podczas długiej berlińskiej nocy. Trudno się temu dziwić zważywszy na historię rozwoju fonografii. Podejrzewam jednak, że po obejrzeniu swojego filmu z muzyką Chory Trees Walther Ruttmann ten jeden brak mógłby chcieć przemontować – bo, że właśnie taką muzykę chciałby mieć w swoim filmie – o to jestem spokojny.