Blues to fantastyczna platforma. Może się w jej obrębie porozumieć każdy. Nawet Wynton Marsalis, kiedy ma pod ręką bluesa odkrywa postawy koncyliacyjne. Apogeum ich było chyba, kiedy wkroczył na scenę z Willie Nelsonem, ale o tym nie teraz. Blues jest w stanie zaprowadzić Wyntona do prawdziwie imponujących spotkań na szczycie. Jedno z takich miało miejsce całkiem niedawno, w kwietniu tego roku w Lincoln Center, a jakże! Prawdziwe muzyczne G3: Wynton Marsalis i Eric Clapton i na końcu, w dwóch utworach Taj Mahal. Czego więcej bluesowo-jazzowa dusza może zapragnąć? Kompozycje wybierał Clapton. Na jego trackliście była tylko jedna modyfikacja. Wielki Eric nie chciał grać słynnej „Layli”, ale Carlos HEnriquez podobno stanowczo oprotestował taką decyzję i powiedział, że bez tego hitu koncert się nie liczy.
Mamy więc wszystko! Wybitnego jazzmana, który całość koncertowego materiału muzycznego zaaranżował, w jednej linii z nim wybitnych bluesmanów, postaci legendarne z panteonu światowej muzyki rozrywkowej. Za ich plecami zespół bajecznych instrumentalistów. Część z nich jest od Claptona, ale większość to nadworni sidemani Marsalisa i skoro wielki Wynton regularnie z nimi gra to musi być ekstraklasa, nie ma wyjścia.
Podobno bilety na ten koncert, te blisko sceny, VIP-owskie kosztowały kilka tysięcy dolarów i ta informacja dobrze dopełnia całości. Takie koncerty nie mogą się nie udawać, nie zakładają słabych momentów i w efekcie takowych nie mają. Nie są także po to aby otwierać nowe muzyczne przestrzenie tylko nieść przyjemność obcowania w wielkim muzycznym światem.
Przytłaczająca większość z nas, ludzi lubiących jazz i blues nie miała szansy być naocznymi świadkami tego koncertowego zdarzenia. Dla nas więc jest ta płyta, tym bardziej, że ukazuje się na rynku w dwóch wersjach. Jednej zawierającej zapis audio i drugiej podwójnej, wzbogaconej o rejestrację video.
No i ta dziewięciominutowa „Layla”, z tak po nowoorleańsku pomyślaną aranżacją. Bardzo miłe doświadczenie!