Marcus Strickland – soprano, alto, tenor saxes + bass clarinet, Mitch Henry – keys, piano + organ, Kyle Miles – bass, Charles Haynes – drums
Guests: Lionel Loueke – guitar + vocals (on „Dust Ball Fantasy”), Christie Dashiell – vocals (on „Matter”), Ras Stimulant – dialogue (on „Infinity”)
Od późnych lat 50. do połowy lat 70. XX wieku w czarnym jazzie istniał silny społecznie i politycznie zaangażowany nurt. W kolejnych dekadach zmienił się zarówno status jazzu, jak i kultura w ogóle. Bojowy, emancypacyjny przekaz wyparował z mainstreamu muzyki improwizowanej, choć wciąż obecny był u działających na marginesie sceny radykałów. Lżejsze, skierowane do szerszej publiczności płyty z wyraźnie zarysowanym przesłaniem wciąż powstawały i powstają nadal – choć znacznie rzadziej. Do takiej kategorii należy właśnie album „The Universe’s Wildest Dream” autorstwa prowadzonej przez Marcusa Stricklanda formacji Twi-Life. Strickland to wielokrotnie nagradzany (m.in. w rankingach DownBeatu i JazzTimes) saksofonista. Ma na koncie współpracę z Christianem McBridem, Davem Douglasem, Lonniem Plaxico, Jeffem „Tainem” Watsem, czy Royem Haynesem. „The Universe’s Wildest Dream” to dziesiąty firmowany przez niego krążek, a zarazem trzeci sygnowany nazwą Twi-Life.
Niesie on jednak inny komunikat, niż albumy sprzed sześciu dekad, nagrywane w najgorętszym okresie walki o równouprawnieni rasowe, w czasach kształtowania się nowych sposobów manifestowania afroamerykańskiej tożsamości. Strickland chce przede wszystkim zwrócić uwagę na potrzebę podjęcia działań na rzecz zrównoważonego rozwoju i zahamowania globalnego ocieplenia. Tekst promujący płytę informuje, że stanowi ona „eklektyczny afro-futurystyczny soundtrack” którego celem jest „podnoszenie świadomości na temat cudownej planety Ziemi poprzez panafrykańską estetykę, łączącą wiele gatunków czarnej muzyki”.

W wymiarze muzycznym „The Universe’s Wildest Dream” przynosi swoistą mieszankę fusion i współczesnego r’n’b. Z łatwością można znaleźć na albumie nawiązania – z jednej strony – do twórczości Herbie’go Hancocka (od Mwandishi, przez Head Hunters, po „Dis Is da Drum”), a z drugiej – neo funku/soulu spod znaku Sa-Ra. Przenikają się tu więc jazzowe pasaże, funkowe bądź hip-hopowe rytmy, odrobina afrobeatu i sporo soulowej melodyki. Trzon większości utworów stanowią proste frazy obsługiwanych przez lidera dęciaków (saksofon sopranowy, altowy i tenorowy oraz klarnet basowy), albo klawiszy, ale jest też miejsce dla interesujących improwizacji. Całość ma lekko psychodeliczny sznyt. Muzycy potrafią ułożyć ograne patenty w ciekawe konfiguracje, dzięki czemu efekt brzmi całkiem świeżo. Nawet licks rodem ze smooth-jazzu, umieszczone w kontekście współczesnego, zelekryfikowanego r’n’b, prezentują się znośnie. Recytowane w kilku utworach teksty nie pozwalają nam zapomnieć o przesłaniu Stricklanda. Sympatyczna płyta, choć z pewnością nie zmieni ani historii muzyki, ani losów planety.