W jednym z wywiadów sprzed trzech lat, a więc z czasu kiedy podpisywał kontrakt z ECM, Scofield zastanawiał się nad dychotomią jazzu: „Jazz jest najlepszy, gdy jest całkowicie beztroski. Jedyny problem polega na tym, że kiedy zależy ci na muzyce bardziej niż na czymkolwiek innym na świecie, jak możesz być beztroski?”. W jakiejs mierze odpoweidź na tak postawione pytanie dostajemy na najnowszym dwupłytowym albumie gitarzysty zatytułowanym „Uncle John’s Band”
Album składa się z 14 kompozycji. Covery rockowe, standardy jazzowe i perły folku przemieszane są tu z autorskimi utworami lidera. Przemieszane są także wykonawcze konwencje, które Scofield, o czym wiemy od bardzo dawna, doskonale zna i po których doskonale się porusza. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że Scofield nie tyle demonstruje swoje hyperkompetencje w tej materii co po prostu każdą ze stylistycznych przestrzeni zasiedla swoim jestestwem i przekształca je na swoją modłę. Dzięki temu patrzymy na m.in Dylanowski „Mr. Tambourine man”, pochodzący z repertuaru Neila Younga „Old Man”, davisowski cool jazzowy Budo albo tytułowy „Uncle John’s Band” znany z wykonań Greatful Dead czy Somewhere Leonarda Bernsteina nie jak na zgrane kawałki, ale ciekawe preteksty do zmiany spojrzenia na muzyczny potencjał słynnych utworów świata muzyki rozrywkowej. I wszystko to w tym nasyconym groovem pulsie, będącym znakim firmowym Scofielda.
W tym, locie ponad konwecjami i przyzwyczajeniami wykonawczymi Scofield wydaje się bardzo wolnym muzykiem, artystą nieomal beztroskim, tak jakby mógł pozwolić sobie na wszystko bez utraty klasy, ale i bez koturnowego nabzdyczenia, ale również i bez utraty tożsamości. I chyba rzeczywiscie jest tak, że pozwolić sobie może i w jakis cudowny sposób pozostaje zarazem niefrasobliwy i ogromnie pieczołowity, czyniąc tym samym wspomnianą na początku tekstu jazzową dychotomię możliwą.
Nie wydaję mi sie rzecz jasna, żeby ten album powiedział wiernym słuchaczom jazzu i gitarowego talentu lidera coś, czego by wcześniej nie wiedzieli albo czego się nie spodziewali, ale też i nie wyobrażam sobie by nie zmusił ich do uważnego posłuchania najnowszego dzieła idola z miną wyrażającą satysfakcję i podziw. W moim odczuciu każda chwila spędzona z bandem wujka Janka to czas co najmniej dobrze zainwestowany. Wszystko co ważne na tej płycie rozgrywa się w mikrofrazach, mikroharmoniach, mikrogroove’ach, bluesowych rozdrobnieniach ujmowanych w większą, zadbaną pod względem formy opowieść. I to jest w grze Scofielda nieodmiennie fascynujące i być może skłaniające nawet do wniosku, że w gronie wielkiej trójcy gitarowej Metheny/Frisell/Scofield, to ten ostatni zachował prawdziwie szeroki horyzont widzenia muzyki i choć wkracza w wiek sędziwy wciąż jest głosem ważnym nie tylko z uwagi na historyczne zasługi.