Peter Brotzmann – alto, tenor sax, Joe McPhee – tenor sax, trumpet, pocket cornet, Kent Kessler – bass, Michael Zerrang – drums
Wspólna płyta Petera Brotzmanna i Joe McPhee należała chyba do najbardziej wyczekiwanych przez fanów obu muzyków. Obydwaj to niezwykle silne muzyczne osobowości, powstaje zatem tylko pytanie, który z nich album ten zdominował. Odpowiedź jest tyleż prosta co nieoczekiwana –

obaj i co więcej zrobili to do spółki ze swoimi współpracownikami: basistą Kentem Kesslerem i perkusistą Michaelem Zerangiem. Pamiętam, że oglądałem ten skład (jako część Peter Brotzmann Chicago Tentet) mniej więcej na tydzień przed rejestracją tej sesji. Byli wspaniali, porażający, miażdżący, byli tacy jacy chcecie, by rzucić was na podłogę. Zatem nie zdumiewa, że płyta nie przynosi już wielu niespodzianek. Porozumienie pomiędzy Brotzmannem i McPhee zostało przepięknie wypracowane. Od czasu do czasu są delikatni i w istocie grają prawdziwe ballady (to doprawdy wielka uczta usłyszeć coś takiego u Brotzmanna). W innym miejscu, dmą jak wicher, jakby nie miało być już jutra. Niektóre utwory dają miejsce do zabłyśnięcia współpracownikom. Na przykład „Cymbalism” jest popisem perkusisty Michaela Zeranga. Utwór jest dobry sam w sobie i nie stanowi zwykłego wypełniacza płyty. Kompozycja Brotzmanna „Do you Still Love Me/Did I Ever” ukazuje szczytowe osiągnięcia duetu. Emocjonalne uniesienia przychodzą i odchodzą, mając swą kulminację w tradycyjnym „Blessed Assurance”, gdzie można wręcz usłyszeć jak saksofony wręcz krzyczą z bólu i smutku. Wszystkie te krzyki, zawodzenia i łagodne muśnięcia saksofonów przekonują, że ten duet saksofonistów wykluwał się od dłuższego czasu. Standardy Brotzmanna są raczej przyjemne dla ucha. Myślę, że nie siałyby popłochu nawet u tradycyjnych jazzfanów. Jednak potem znów Brotzmann i McPhee wściekle atakują. Które zatem ich wcielenie jest prawdziwe? Nieważne. Po prostu otwórzcie uszy. I słuchajcie.