Sylvie Courvoisier – Piano, Mary Halvorson – Guitar
Bone Bells
Pyroclastic Records
Świat muzyki improwizowanej wciąż zdominowany jest przez mężczyzn, ale przybywa w nim wybitnych kobiet. Sylvie Courvoisier i Mary Halvorson należą do najważniejszych postaci we w współczesnym poszukującym jazzie i free improv – bez względu na płeć. „Bone Bells” to trzeci – po „Crop Circles” z roku 2017 i cztery lata młodszym „Searching For the Disappeared Hour”- wspólny album pianistki i gitarzystki. Wydany został przez prowadzoną przez Kris Davis oficynę Pyroclastic Records.
Obie panie to artystki tyleż wszechstronne, co charakterystyczne. Courvoisier pochodzi ze Szwajcarii, ale od dawna rezyduje w Nowym Jorku. Obecna jest na scenie od trzydziestu lat. Równie pewnie czuje się na gruncie europejskiej kameralistyki, co w ekstrawaganckich peregrynacjach postmoderny Wielkiego Jabłka. Od lat, z Drew Gressem i Kennym Wollesenem, prowadzi trio, które nagrało płyty dla Intakt i Tzadika. Ma na koncie współpracę z takimi gigantami, jak: John Zorn, Wadada Leo Smith, Evan Parker, Ikue Mori, Ned Rothenberg, Fred Frith, Andrew Cyrille, Mark Feldman, Erik Friedlander, Christian Fennesz czy Nate Wooley. Jest wykładowczynią w nowojorskim The New School. W jej dorobku znajdują się albumy wydane w najważniejszych wytwórniach avant-jazzu, w tym – obok wyżej wspomnianych – Enji, Leo Records, Rouge Art, Clean Feed, a także w ECM.
Z kolei urodzona w 1980 roku Halvorson to najbardziej wyrazista dziś improwizująca gitarzystka. Choć jest o dwanaście lat młodsza od Courvoisier, lista jest muzycznych partnerów i artystycznych osiągnięć jest jeszcze dłuższa. Kiedy po ekscesach gitarowych awangardzistów lat 80. i 90. wydawało się, że nie sposób na polu improwizowanej gitary zaproponować niczego nowego, ożywczego – wtedy pojawiła się Ona. Od dwóch dekad niezmiennie zachwyca kreatywnością. Wypracowała swój charakterystyczny styl – klarowny, ale idący w poprzek kanonów i reguł, oparty na unikatowym rozedrganym soundzie.
„Bone Bells” to płyta, na której nie brak sprzeczności. Panie skaczą po tradycji – od najróżniejszych stylów jazzu, przez folk, po współczesną kameralistykę – czerpiąc z niej erudycyjnie, raz podchodząc do niej prostolinijnie, by po chwili dokonać bezlitosnej dekonstrukcji. Intelektualny chłód i dystans mieszają się tu z burzliwymi emocjami. Proste melodie z wyrafinowanymi strukturami. Urocze współbrzmienia z dysonansami. Lekkość z dramatyzmem. Dzięki tym kontrastom narracja zaskakuje i intryguje. Nie popada przy tym jednak w kalejdoskopowy postmodernizm. Muzyka rozwija się płynnie; czuć, że wszystko jest kompozycyjnie przemyślane i wykonawczo, artykulacyjnie dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Obie artystki znamionuje ogromny smak i wyczucie formy.