Don Cherry: trumpet (1), voice (12); Hasan Gözetlik: trumpet (2); Trilok Gurtu: percussion (1-11), drums (2-11), vocal (2, 4), additional keyboard (2, 5, 6, 9), tumbura (3), tabla (3, 5, 6, 10, 11); Tulug Tirpan: keyboards (2-6, 8, 9, 11), piano (7, 10) ; Jonathan Cunaido: bass (2-11): Nitin Shankar: additional percussion (2, 6); Nils Petter Molvær: trumpet (3, 9); Carlo Cantini: additional keyboards (3); Ibrahim Maalouf: trumpet (4, 8); Paolo Fresu: trumpet (5, 11), effects (5, 11); Matthias Schriefl: trumpet (6); Matthias Höfs: trumpet (7), doublebell trumpet (10, second solo); Helene Traub: english horn (7); Jakob Janeschitz-Kriegel: cello (7); Ambrose Akinmusire: trumpet (10, first solo).
Intrygujący. Ten przymiotnik z całą pewnością odnosi się do artystycznej osobowości Triloka Gurtu. Muzycznego Globtrottera o hinduskim rodowodzie. Jednego z najwybitniejszych perksujonistów naszych czasów. Muzyka, którą wykonuje bynajmniej nie pachnie paczulą, jaśminem ani przyprawami. Ma raczej posmak stali. Rasowego jazzu. Najnowsza, wydana w czerwcu bieżącego roku płyta „Spellbound” to zwierciadło, w którym odbija się kariera wybitnego muzyka.
Zanim posłuchałam choćby pierwszych dźwięków płyty „Spellbound”, miałam cichą nadzieję, że właśnie „oczarowaną” stanę się tuż po jej wysłuchaniu. W głowie miałam bowiem wspomnienie doskonałego koncertu Triloka Gurtu, który odbył się w krakowskim Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej „Manggha” w lutym 2009 roku, w ramach VI Festiwalu Perkusyjnego – Źródła i Inspiracje. Z ogromnym entuzjazmem odnoszę się do każdego nowego projektu perkusjonisty, sądząc, że będą w nim pobrzmiewać echa muzyki wielkiego Joe Zawinula, a zachwytu przybywać będzie w tempie Orient Expressu. Tymczasem, po odtworzeniu dwunastu kolejnych utworów odniosłam wrażenie, że tym razem znana mi estetyka nie została wzbogacona o nic nowego. Nie dałam się jednak zwieść pierwszemu wrażeniu, które choć ważne, w takich wypadkach bywa łudzące. Kolejny odsłuch płyty to już świadoma uczta, dojrzałego owocu, jakim niewątpliwie jest materiał zgromadzony na krążku.
Album rozpoczyna krótka improwizacja w wykonaniu legendarnego Don Cherry i Triloka Gurtu, wskazująca główną oś płyty, którą stanowią wysublimowane połączenia brzmień trąbki i instrumentów perkusyjnych. Oprócz archiwalnego nagrania w duecie z amerykańskim trębaczem na płycie słyszymy także innych wirtuozów tego instrumentu, wśród których są: Paolo Fresu, Nils Petter Molvær, Hasan Gözetlik, Ibrahim Maalouf, Matthias Höfs, Matthias Schriefl i Ambrose Akinmusire. Pierwsze, co przychodzi do głowy, patrząc na to, kogo zaprosił do współpracy Trilok Gurtu? Płyta jest swego rodzaju pokłonem w stronę trębaczy, idąc dalej w stronę nowoorleańskiego czy chicagowskiego jazzu wraz z jego największymi gwiazdami. Warto zwrócić uwagę na aspekt wielokulturowości w procesie powstawania płyty „Spellbound” (wymienieni muzycy reprezentują różne narodowości), co z kolei odzwierciedla także proces tworzenia i rozwoju jazzu w ogóle. Improwizacja otwierająca album jest nieprzypadkowa, bowiem to właśnie Don Cherry inspirował młodego Gurtu u progu jego jazzowej kariery.
Mając świadomość jakie założenie przyjął Gurtu tworząc „Spellbound”, selekcja utworów nie zaskakuje. Pojawiają się interpretacje wykonań najwybitniejszych trębaczy, jak choćby latynoski standard „Manteca” przywołujący w myślach postać Dizzie Gillespie, czy skomponowany przez Milesa Davisa „All Blues” z albumu Kind of Blue.
„Spellbound” to powrót do historii jazzu mainstreamowego. Dowód wszechstronności Triloka Gurtu i jego niezawodnej intuicji muzycznej. Płyta przypomina mozaikę, której poszczególne gomółki to echa Oregonu, The Syndicate czy Tabla Beat Science. Spoiwem jest wyobraźnia, nienaganna technika i unikatowe patenty gry na instrumentach perkusyjnych Gurtu. A to wszystko pięknie zaprezentowane na tle ultra klasyków muzyki improwizowanej. Płyta z przesłaniem. Przemyślana i – patrząc z perspektywy upływającego czasu – potrzebna. Stawia bowiem przysłowiową „kropkę nad i” w muzycznej karierze hinduskiego perkusjonisty.