Jack DeJohnette – fortepian (1–7, 9), perkusja (2–6, 8), dzwon (1), wokal (2), keyboard (3),
Tim Ries – saksofon tenorowy (2, 3, 5, 8), saksofon sopranowy (3, 4),
Ambrose Akinmusire: trąbka (2, 4, 5),
Lionel Loueke: gitara (2, 3, 5, 6),
Esperanza Spalding: kontrabas (2–6, 8), wokal (2, 3),
Luisito Quintero – instrumenty perkusyjne (2–8), wokal (2),
Bruce Hornsby – wokal (3),
Bobby McFerrin – wokal (7),
Jason Moran – fortepian (8).
Tytuł albumu zapowiada doskonale jego treść. Jak wielu muzyków dzisiaj, tak i Jack DeJohnette od jakiegoś czasu wybiera się w muzyczne podróże. „Sound Travels“ nie jest jednak długo przygotowaną wyprawą w głąb nieznanego lądu, jak było na przykład w przypadku „Peace Time“. To raczej zorganizowana wycieczka autokarem, dzień tu, dzień tam, trwająca zaledwie 46 minut. Duży jest za to skład. U DeJohnetta zagościły gwiazdy starszego pokolenia, jak Bobby McFerrin i Bruce Hornsby, oraz młodsze: błyszcząca Esprenaza Spalding, powalający publiczność Ambrose Akinmushire i utalentowany Jason Moran.
Powiem tak: świata z tą płytą nie zwiedzimy, ale za to można posłuchać niesłychanie rytmicznych, zróżnicowanych gatunkowo, bardzo sprawnie
zagranych piosenek. DeJohnette wykorzystuje tu cztery instrumenty, więc na pewno miał z tego nagrania frajdę. I można mieć frajdę, słuchając go. Muzyka jest niezobowiązująca, w żaden sposób się nie naprasza. Jest sympatyczna i umila czas. A świadomość, że wykonują ją wyśmienici muzycy, umila ten czas jeszcze bardziej.
Jeden z krytyków napisał, że DeJohnette nie musi już niczego udowadniać – i rzeczywiście, tą płytą nie ma najmniejszego zamiaru. Nie znam arkanów jej powstania, mam jednak podejrzenie – ze względu na długość kawałków – że do jej wydania doszło przypadkiem. Odnoszę wrażenie, że ten ansambl się spotkał, żeby pograć w studiu, a nie nagrać płytę. Jednak widocznie coś im wszystkim w środku zagrało, bo materiał wydali. I chociaż płyta wygląda raczej na szkic, to jest nakreślony niezmiernie lekką kreską i przyjemnie jest spędzić z nim trochę dnia.