Chick Corea – piano
Olśniewająca technika, nieskrępowany bieg myśli, zadziwiająca wyobraźnia, lekkość i finezja – tak zwykło się określać muzykę Chicka Corei. Zresztą zestaw przymiotników, określających charakter jego gry i twórczości jest znacznie większy i prawdę powiedziawszy nie za każdym razem są to same superlatywy. Z pewnością jednak każdy z nich na swój sposób jest prawdziwy. Chick Corea jak to dzieje się z wielkimi muzykami potrafi nie tylko rozkochać w sobie ludzi do szaleństwa, ale i poważnie ich do siebie zniechęcić.
Kiedy jednak zasiada sam za klawiaturą fortepianu, bez elektrycznych zabawek i sentymentalnych refluxów w ery fusion, wówczas chyba nie ma takiego człowieka, który skutecznie i na dłuższą metę oparłby się magii jego muzyki. Doświadczaliśmy tego wiele razy na żywo, wiele razy Corea zaproponował nam nagrania płytowe, w których sam dla siebie ( i dla nas) był jedynym narratorem. Teraz nadarza się kolejna okazja, aby pobyć z Coreą w intymnym tete a tete.
„Komponując muzykę – powiedział kiedyś – najpierw improwizuję ją tak, jakbym chciał malować portret.” Takich portretów na płycie „Portraits” jest wiele. W pierwszej części to portrety jazzowych legend Billa Evansa, Thelonoiousa Monka, Buda Powella i sław z jazzem mających nie za wiele wspólnego jak Stevie Wonder (znakomita wersja „Pastime Paradise” znanego także z wykoanania Coolia w filmie „Młodzi Gniewni”) czy Paco De Lucia.
Tych pierwszych portretuje w perspektywie ich własnych, doskonale nam znanych kompozycji, dodając jednak bardzo wiele od siebie i nadając ich sylwetkom odrębną własną kreskę i kolor. Dla ostatniego sam napisał utwór („The Yellow Nimbus”). Każdy z nich opatrzył też krótkim explique, bo też i każda z tych sław to artystyczny byt mający na Coreę, jako improwizatora, kompozytora i artystę w ogóle, wpływ co najmniej doniosły. Tak rzecz wygląda na pierwszym z dwóch płyt tego albumu.
Drugi to już temat inny, choć i charakter Coreowego malarstwa i słowne wprowadzenia są jak najbardziej aktualne. Otóż więc w drugiej części albumu mamy odwołanie do klasyki, do kompozytorskich legend wielkiej tradycji europejskiej, ale nie tej reprezentującej świat zachodni. Tu Corea sięga po fotografie Alexandra Skriabina i Beli Bartoka malując ich portrety z pomocą dwóch fragmentów cyklu fortepianowych preludiów Op. 10 (Scriabin) i pierwszych czterech Bagatelles na fortepian solo (Bartok). Tych dwóch mistrzów wpłynęło na muzykę pana Chicka tak samo doniośle jak wspomniani wcześniej jazzmani. Ich muzyka była przedmiotem jego studiów, ale również i późniejszych dorosłych już fascynacji. Stała się też z pewnością jednym z impulsów zabrania głosu w tej pięknej i niebezpiecznej jak ocean dziedzinie recitalu piano solo. Pamiętamy jego fascynujące „Childern Songs”. Tutaj dostajemy reinterpretacje dziewięciu z nich.
W końcu też dostajemy kolejny rodzaj portretów. Na potrzeby płyty biorących nazwy od miast, w których zostały zagrane. Kraków, Wilno, Casablanca, Maryland. Ciekawe czy malował je przejeżdżając przez te miasta czy próbował wyczytać charakter z twarzy zgromadzonej publiczności. Było ich z pewnością więcej, bo solowe recitale to jedna z najznamienitszych wizytówek jakimi Chich Corea się przedstawia.
I kiedy tak spoglądam na tę składankową bądź co bądź płytę wydaje mi się, że to nie tyle kolekcja portretów zebranych w toku artystycznego życia Corei, ale jego własny obraz. Nie wystawa co cenniejszych i słynniejszych części zbioru, co próba ukazania wizerunku samego siebie. Z tych portretów innych ułożył Corea portret własny. Połączył je gestem zamaszystym i śmiałym, precyzyjnym, migotliwym w świetlnych refleksach i w charakterze wolnym od napuszonej powagi i co tu kryć cechujący się pewnym nadmiarem tak w sferze emocjonalnej jak i wykonawczej. Ale właśnie chyba taki nadmierny jest właśnie Chich Corea.
„Zapraszam Was do swojego living roomu” wprost nam mówi i przyznać musze, że nie skorzystać z tego zaproszenia byłoby głupio. Jakimś cudownym zrządzeniem losu, to living room, którym można poczuć się znakomicie.