Nate Wooley: trumpet; Josh Sinton: bass clarinet, baritone saxophone; Matt Moran: vibraphone; Eivind Opsvik: double bass; Dan Peck: tuba; Harris Eisenstadt: drums.
Nowa płyta zespołu Nate’a Wooley’a dla osób zaznajomionych z jego twórczością może stanowić zaskoczenie – skądinąd wpisane w wielowątkową karierę trębacza. Wooley do tej pory kojarzony zwykle z eksperymentalnym podejściem do muzycznej materii nagrał prawdopodobnie najbardziej klasyczny album w swym katalogu. (Sit in) The Throne of Friendship nagrane w sextecie, czyli składzie na tyle dużym aby uzyskać bogactwo i różnorodność brzmienia, a zarazem na tyle małym, żeby nie razić barokowymi aranżacjami, jest pozycją, którą śmiało można odczytywać jako hołd złożony jazzowej tradycji – korzeniom samego Wooley’a. I tutaj pojawia się niebezpieczeństwo – groźba archaizmu.
Muszę przyznać, że miałem z tą płytą spory problem, ponieważ w warstwie czysto powierzchownej prezentuje ona rodzaj muzyki i tematów, które nie koniecznie wywołują u mnie przyspieszone bicie serca. Zbyt wiele w niej radosnych, skocznych melodii granych na tle cykającej perkusji. Im dłużej jednak próbowałem wgryźć się w strukturę wydawnictwa, tym więcej niespodzianek album zaczynał ujawniać. I jeśli miałbym docenić tę płytę, to bardziej za sposób w jaki muzyka została na niej zagrana (i nagrana!), niż za jej czysto estetyczny powab zaklęty w treści kompozycji, choć w pewnym sensie jedno i drugie się pokrywa.

Po pierwsze: jazzowe tematy o klasycznym dla gatunku charakterze, bardzo często są dla zespołu jedynie pretekstem do zaprezentowania złożoności brzmienia. Właśnie w brzmieniu upatrywałbym realnej siły tego wydawnictwa. Powiedziałem o złożoności, jednak w żadnej mierze nie mam na myśli brzmienia gęstego. Wooley’owi udało się w kompozycjach uzyskać bardzo dużo przestrzeni i powietrza, ponieważ zespół z rzadka gra pełnym składem, bardziej skupiając się na niuansach wypływających z dialogów w podgrupach. Z mojej perspektywy kluczową rolę w nagraniu pełni sekcja rytmiczna – bardzo oszczędna, nieprzegadana, trafiająca w punkt. Wykorzystanie tuby, chyba jednego z bardziej nieprzewidywalnych i niedocenionych instrumentów jazzowych, okazało się strzałem w dziesiątkę. Dęciak z jednej strony dodaje kompozycjom rustykalnego charakteru, z drugiej – potrafi zaskoczyć sonorystycznym pomrukiem, czy podkręceniem dalszych warstw brzmieniowych. Z kolei krystalicznie czyste partie wibrafonu działają na nagraniu niczym instrumentalny wehikuł czasu przenoszący klimat kompozycji 50 lat wstecz. Sama trąbka Wooley’a ma na płycie charakter oszczędnego przewodnika po tematach i zwykle brzmi dość klasycznie, choć bywają momenty, że nie sposób przewidzieć kolejnego zadęcia.
Określiłbym (Sit in) The Throne of Friendship jako nagranie szkatułkowe. Każda z ośmiu kompozycji zawartych na płycie opowiada historie, które brzmią niezwykle znajomo i swojsko, jednak sposób w jaki opowieści zostają przywołane fascynuje przemyślaną konstrukcją. Dzięki temu album może być słuchany w sposób niezobowiązujący, a zarazem można go smakować analizując poszczególne, subtelne niuanse ukazujące nowoczesne oblicze zawartej na nim muzyki. Płyta z pewnością przypadnie do gustu wielbicielom old schoolowego jazzowego grania. Ciekawa i nietypowa pozycja w dyskografii Nate’a Wooley’a, ukazująca jeszcze jedną twarz muzyka, który z roku na rok staje się coraz ważniejsza postacią na improwizowanej scenie.