Ricardo Villalobos: elektronika
Max Loderbauer: elektronika
To zdecydowanie jedna z najdziwniejszych płyt roku 2011. Ricardo Villalobos i Max Loderbauer – gwiazdy sceny elektronicznej i klubowej – adaptują, przebudowują, reinterpretują nagrania najważniejszego europejskiego wydawnictwa jazzowego ECM. Co z tego wyniknie?
Pierwsze efekty już widać na „listach przebojów” – jak donosi strona wydawnictwa ECM, album ten prowadzi w zestawieniu najpopularniejszych nagrań techno na portalu Amazon oraz mieści się w pierwszej dziesiątce rankingów jazzowych Amazonu i iTunes. Pomyli się jednak srodze ten, który liczyć będzie na album podobny do Blue Note’owego „Hand on Torch” grupy Us3. Wtedy, w roku 1993 Geoff Wilkinson Mel Simpson dostali zielone światło na miksowanie nagrań Theloniousa Monka, Granta Greena, Horace’a Silvera i innych legend gatunku. Efektem tego było pojawienie się ich remixu tematu „Cantaloop Island” Herbiego Hancocka („Cantaloop (Fleep Fantasia)”) w pierwszej 10tce Billboardu oraz sprzedanie tego singla w pona 500 000 egzemplarzy. Villalobos i Loderbauer nie poszli tą drogą. Próżno na dwóch krążkach „Re: ECM” szukać „The Koln Concert” z dodanym beatem i freestyle’ową nawijką. Nie ma Jarretta, Garbarka ani Stańki. Nie ma chyba żadnego przeboju.
Villalobos i Loderbauer na warsztat wzięli inną muzykę, inne gwiazdy: Arvo Parta, Luisa Sclavisa, Johna Abercrombie, Christiana Wallumrøda… Wydaje się jednak, że muzykę ECM traktują bardziej jako całość – nacisk kładąc na jej ładunek emocjonalny, jej przestrzeń i nastrój. Byłoby z resztą wielką arogancją zakłócenie tej słynnej ECM’owskiej ciszy. Jeśli za głównego admiratora ciszy w XX wieku uznanoby Johna Cage’a za jego „4:33”, Manfred Eicher – założyciel ECM i legendarny producent większości nagrań z tym znakiem – byłby zaraz za nim.
Coż więc jest na tym nie-zwykłym albumie?
Stuktury dźwiękowe, wyciszone, dobiegające gdzieś z oddali, jakby z drugiego, trzeciego a nawet czwatego pokoju. Bębną Motiana czy chórom Parta towarzyszy delikatna ale znacząca warstwa dźwięków elektronicznych, oszczędnie użytych syntezatorów, szmerów, delikatnych pulsowań, zamazań… Muzyka ECM roztapia się w przestrzeni, tworzonej przez Villalobosa i Loderbauera.
„Re: ECM” dla wielu będzie wielkim znakiem zapytania. Wykrzyknikiem, chyba tylko dla fanów i znawców talentów tych berlińskich dj’ów. Reszta stanie w obliczu pytań: jak tego słuchać? Czy każdy utwór wymaga porównania z oryginałem? Do czego ta muzyka ma służyć? Po co? Jak wyglądać będzie koncert Re: ECM? Co będzie dalej? Czy będą kolejne zremiksowane odsłony monachijskiego archiwum? Żyjemy ponoć w czasach remiksu. Spotkanie muzyki ECM ze światem elektroniki już w oka mgnieniu zasypało mentalną granicę między graniem z komputera a jazzem i improwizacją. Można więc postawić inny znak interpunkcyjny – wielokroperk – siąść i słuchać.