Jamie Saft – piano; Cuong Vu – trumpet; Andrew d’Angelo – alt sax, bass clarinet; Jim Black – drums
I znów płyta nie nowa. To źle, że przez całe wieki nie było w Polsce dostępu do wielu płyt. W ten sposób nie wiedzieliśmy, co dzieje się na Świecie w muzyce jazzowej. Owszem dochodziły produkcje wielkich koncernów, ale wbrew pozorom te nie są, jak się teraz okazuje, najbardziej reprezentatywne dla współczesnego jazzu, którego kroniką są małe niezależne wytwórnie płytowe.
Saft/Vu to nazwa wynikła z połączenia nazwisk dwóch głównych animatorów przedsięwzięcia: Jamie Saft i Counga Vu, a muzycy współtworzący je to trzon downtownu. Powinno zatem być: awangardowo, ambitnie, abstrakcyjnie. A jest….?
Pierwszy utwór rozpoczyna się niemalże ciszą, która niebawem zostaje przerwana przez motoryczny, rockowy rytm perkusji, którą wspomaga w jego tworzeniu fortepian. Trąbka i saksofon służą za alter ego gitar – utwór, gdyby nie dające się wyczuć od samego początku jazzowe pochodzenie muzyków, winien należeć do kręgu ambitnej muzyki rockowej. Ale tak jest jedynie do połowy, potem wpadamy w loftowe patenty i tak jest już niemal do końca – wymieszanie wszystkiego, ze wszystkim, a jednak spójna grą wszystkich muzyków.
Rozpoczęcie mamy za sobą i w zasadzie oprócz owej tu i ówdzie pojawiającej się motorycznej i mocnej perkusji, nie będzie już więcej odniesień do rocka, a płyta przynosi dawkę niemal typowego downtownowego brzmienia i tematów. Są więc odniesienia do free i loftu, są skomplikowane formalnie tematy, są abstrakcyjne linie melodyczne i intensywne, ekstatyczne improwizacje. Są utwory, które wystarczyłyby na materiał całej płyty tyle w nich zmian („The Schmucklehead”). Jest D’Angelo, który gra z intensywnością Zorna („The Schmucklehead” i „In Hear”). Są odniesienia do sztuki Douglasa („Mr. Mister” i „Mahunk”). Są ulotne, eteryczne klimaty jak rodem z minimalizmu („Karin”), czy nawiązania do tzw. muzyki współczesnej („Little Vina”). Uderzająca jest sprawność, kompetencja i świadomość każdego granego dźwięku przez wszystkich muzyków kwartetu. To dzięki tym cechom, muzyka jest bardzo piękna i różnorodna, sprawiająca doprawdy wielką przyjemność słuchania. I to nic, że niezbyt chyba łatwa w odbiorze, adresowana jest przecież, jak każda zresztą propozycja Avantu, do bardziej wyrobionego słuchacza.