Saksofonista François Carrier to jeden z najbardziej zasłużonych muzyków na kanadyjskiej scenie avant-jazzowej. Ma na koncie współpracę z elitą improwizujących muzyków z obu stron oceanu i albumy nagrane dla takich wytwórni, jak: Justin Time Records, Leo Records, Ayler Records, FMR Records, czy też naszych rodzimych – Not Two Records i Fundacji Słuchaj.
„Openess” to kolejne firmowane przez tę ostatnią oficynę wydawnictwo – na które składa się trzy płyty CD – Carriera. Stanowi ono zapis koncertów doprawdy wyjątkowego zespołu, które odbyły się 5 i 6 maja 2006 roku w Montrealu. Liderowi towarzyszą: Mat Maneri na altówce, Gary Peacock na kontrabasie, Michel Lambert na perkusji oraz Tomasz Stańko na, rzecz jasna, trąbce. Było to pierwsze spotkanie kanadyjskiego saksofonisty z autorem „Litanii”; z pozostałymi muzykami na przestrzeni lat grywał on wielokrotnie. Carrier, zauroczony grą naszego trębacza na płycie „Matka Joanna”, uznał, że musi mieć go w składzie.
W roku 2006 ukazał się ostatni ECMowski krążek rodzimego zespołu Stańki. Był on gwiazdą stajni Manfreda Eichera. Kolejne albumy, zrealizowane ze skandynawskim i amerykańskim składem, utwierdziły jego pozycję. Muzyka trębacza z tego okresu – chłodna, ciemna, wyrafinowana, lecz gładka – doskonale wkomponowywała się w estetykę monachijskiej oficyny. W tym kontekście dźwięki wypełniające „Openess” mogą zaskakiwać.
To free, pozbawione jednak agresji, przekrzykiwania się, przeważnie niespieszne. Czasem akcja się zagęszcza, ale więcej jest tu wyważonych, wręcz wstrzemięźliwych instrumentalnych dialogów, a niekiedy także solowych partii. Wcale nie ułatwia to jednak obioru – bo to muzyka w pełni improwizowana, nie przymilająca się chwytliwymi tematami, nieprzewidywalna, wymagająca skupienia i pełnego zaangażowania. Jest pewien wspólny rys w grze Carriera i Stańki. Obaj są lirykami, ale specyficznymi – surowymi, cechującymi się pewną dzikością i nieokrzesaniem. Maneri momentami nadaje muzyce kameralistycznego, czasem dostojnego, a czasem nerwowego, rozdygotanego feelingu. Peacock i Lamber świetnie sprawdzają się w roli dostarczycieli jazzowej pulsacji, jak i autorów nieregularnych rytmicznych figur czy kreatorów, w interakcji z pozostałymi muzykami, intrygujących kombinacji fakturalnych oraz brzmieniowych.
W sumie dostajemy niemal trzy godziny wymagającej, ale niezmiernie satysfakcjonującej, pełnej zróżnicowanych emocji muzyki; spontanicznej, lecz intelektualnie zdyscyplinowanej.
Wydawnictwo to ma także ogromną wartość archiwalną – pokazuje dojrzałego Stańkę w jakże odmiennym od jego autorskich płyt z tego okresu emploi. Nie jest to twórczość tak dopieszczona, wycyzelowana, jak ta wypełniająca ECMowskie albumy naszego trębacza, jednak z pewnością nie mniej ciekawa.