Dla niektórych fanów jazzu Norwegia jest muzyczną Mekką, a na pewno krainą mlekiem, miodem, i muzyką Garbarka, Gustavsena, Molvaera, i (zaskakująco) wielu innych, płynącą.
Wydaje się, że mają tam jakieś inne powietrze, że nasze morze inaczej u nich bije o brzeg. Mają swój unikatowy styl. Ja sam jestem jego ogromnym fanem.
Tymczasem nie samą ciszą „produced by Manfred Eicher” jazzowa Norwegia żyje. 10 osobowe Jaga Jazzist wydało nową płytę pod chwytliwym w rozpolitykowanej Polsce tytułem „One Armed Bandit” czyli „jednoręki bandyta”. Tak brzmi jazzowy big band z XXI wieku!
Trzeba naprawdę wprawnego ucha by rozpoznać każdy element przebogatego instrumentarium Jagi, zatopiony dodatkowo w gigabajty elektroniki i elektryki przetworników. Przy pierwszym przesłuchaniu staje się przed ścianą dźwięku – rytmicznej, energetycznej, super dynamicznej i radosnej orkiestry. Genialnie jeździ się z Jagą samochodem, świetnie sterczy pod klubem przy minus kilkunastu stopniach. „One armed bandit” przyspiesza czas.
Na krążku nie ma spektakularnych solówek – są za to przeboje: od utworu tytułowego, przez doskonały „Bananflour overalt” po „Book of glass”. Na całej płycie pobrzmiewają do spółki duchy Franka Zappy, z bogatym i szalonym brzmieniem orkiestry i Philipa Glassa, z minimalnymi, repetytywnymi motywami, oraz dźwiękami inspirowanymi maszynami przemysłowymi, albo i filmami science fiction z lat 80-tych…
Dużo się tam dzieje… Świetna płyta. Muzyczna rozrywka na bardzo wysokim poziomie.