Ken Vandermark – saksofony, klarnet;
Nate Wooley – trąbka;
Sylvie Courvoisier – fortepian;
Tom Rainey – perkusja;
„Noise of Our Time” – taki tytuł nosi premierowy krążek kwartetu, który narodził się podczas rezydencji Kena Vandermarka w nowojorskim klubie The Stone przed dwoma laty. Wówczas po raz pierwszy Amerykanin wyszedł na scenę w towarzystwie trębacza Nate’a Wooley’a, pianistki Sylvie Courvoisier i perkusisty Toma Rainey’a. Rok później zebrali się ponownie – już nie podczas koncertu, ale w studiu nagraniowym, czego owocem jest wydany właśnie przez szwajcarską wytwórnię Intakt album.
Takie towarzystwo gwarantuje spotkanie z niebanalną muzyką – wszak to czołówka jazzowej awangardy, której nieobca jest zarówna gra swingująca i melodyjna, jak i estetyka free. W wyniku połączenia ich różnorodnych wrażliwości, a także myśli kompozytorskich, powstało dziewięć utworów, z których po trzy napisali Courvoisier, Vandermark i Wooley. Niczym podczas odwiedzin w zagadkowym domu o niezliczonej ilości pokoi, wiodą nas oni przez nieoczekiwane muzyczne zawartości. Koncepcji i idei scenariuszowych mają wiele – duet dęciaków na groove’ującym podkładzie perkusji, symultaniczne improwizowanie na kilku planach, dokładne wykonawstwo kostycznych utworów, spokojne zasłuchanie w ton jednego instrumentu, zestawianie kolektywnego muzykowania z kilkusekundową ciszą czy ekspozycja dźwięków preparowanego fortepianu.
Jest w tej prezentacji różnorodności konsekwencja, precyzja wykonania, indywidualizm, ale przede wszystkim bogactwo myśli dotyczących kompozycji. W ich ramach następują zwroty akcji, przejęcia uwagi słuchacza, aranżowane spotkania albo przemilczenia. Rezultat jest frapujący, wart śledzenia, choć zabrakło inwencji, by któryś z utworów szczególnie zapadł w pamięć. Postrzegam „Noise of Our Time” jako przegląd kompetencji nowego kwartetu, laboratorium jego możliwości – za sprawą tego stykamy się z ich ciekawą, konceptualną muzyką. To już sporo, ale ze współpracy tej klasy artystów powinno wyniknąć więcej.