Marquis Hill: Trumpet
Walter Smith III: Tenor Sax
Joel Ross: Vibraphone
James Francies: Piano
Harish Raghavan: Bass
Kendrick Scott: Drums
Od czasu, gdy w 2014 roku Marquis Hill zdobył laur zwycięzcy podczas konkursu Theloniousa Monka zrobiło się o nim głośno. Chicagowski trębacz młodego pokolenia, który nie dość, że potwierdził swoje warsztatowe kompetencje to jeszcze zaskarbił sobie szacunek gremium zarówno tradycjonalistycznego, jak i nowatorskiego grona to jeszcze zadeklarował, że jazz i hip hop to owoce jednego drzewa, tyle że wyrosłe na innych gałęziach.
Nie o tym jednak była jego pierwsza pyta w karierze, tak na marginesie wydana samodzielnie, a zatytułowana New Gospel. Hill zaczął swoje fonograficzne życie na jazzowej scenie od zdystansowania się od spraw hip-hopowych, konstruując studyjny album zakorzeniony najbardziej chyba, nazwijmy to z braku pod ręką bardziej trafnego słowa, w duchowności spiritual jazzu lat 70. Później co prawda już dystans ten skrócił zdecydowanie i stał się elementem miejskiej nowoczesnej chicagowskiej jazzowej dżungli, ale o tym może przy innej okazji.
Było to 2011 roku. Mogłoby więc się wydawać, że po dekadzie z okładem, tytułując najnowszy album New Gospel Revisited, przyszedł czas na zrewidowanie swoich poglądów na temat młodzieńczych deklaracji.
W wersji zrewidowanej Marqius Hill jest 10 lat starszy, bardziej doświadczony i sprawia wrażenie, że stylistyczna formuła przyjęta w młodości to formuła słuszna co więcej dająca sporo możliwości rozwojowych, może nie w zakresie stylistycznej koncepcji, ale w warstwie instrumentalno-wykonawczej już tak. Pamiętać trzeba, że Marquis Hill to muzyk chicagowski, wyrosły w bardzo silnie oddziałujących tam nurtów postrzegania muzyki jazzowej jako jednej z form szeroko pojmowanej kultury afroamerykańskiej, ale wcale niekoniecznie inkrustujący swoje kompozycje odniesieniami wprost do muzyki etnicznej z Afryki.
Za takie holistyczne widzenie spraw jazzowych, pokochaliśmy przed dekadami Muhala Richarda Abramsa, Lestera Bowiego, Josepha Jarmana, całe Art Ensemble of Chicago, a pokolenie później Ethinc Heritage Ensemble, Kahila El Zabara, Wilkersonowski 8 Bold Souls, Nicole Mitchell, a dziś Tomeka Reid, Josh Abrams, Michael Reid czy Makaya McCraven. I tak sobie myślę, że sposób widzenia jazzowych spraw w muzyce Hilla jest obecny.
Nowa wersja New Gospel zawiera zatem mniej lub bardziej zrewidowane ujęcie utworów w wersji koncertowej, co tym bardziej wartościowe, że oto możemy w pełni doświadczać muzyki niejako w stanie nienaruszonym pokusami płynącymi z możliwości dawanych przez studyjne korekty, dogrywki czy post produkcję. Niektóre z kompozycji dostają tu formę długich, zamaszystych, a chwilami natchnionych utworów. Inne, krótsze niż w wersji sprzed dekady potraktowane zostają bardziej jak spoiwa pomiędzy fragmentami rozbudowanymi. A że Hill zgromadził ogromnie kompetentny band to i zasięg rażenia wykonywanej muzyki oraz narracyjny rozmach jest tu chwilami naprawdę imponujący. I znowu nie otwiera ona widoków, na jakieś mniej znane jazzowe terytoria i wiele nie wnosi do ogólnego obrazu dziedziny, ale też sprawia ogromnie dużo prawdziwej przyjemności, gdy spędzamy z nią czas. Nieunikniona co prawda jest też refleksja jak skromnie zabrzmiała jego młodzieńcza propozycja w porównaniu z tą dorosłą. Ale czy to nie tak właśnie powinno być?